Epitafia

1.

Tu leżę. Nie spłynął na mnie złoty deszcz
ani łabędzi jęk rozkoszy,
więc półmrok grobu mi pozwala
rozważyć – grudka po grudce – dar miłości
i powolutku dociec sensu.

2.

Tu jestem, wiecie? Wy, co nie jesteście.
Jestem, bo byłam po wielokroć. Więc
gonić mogę teraz w kucanego berka
z chustką na oczodołach. Co mi tam.

3.

Proszę, oto mój pamiętnik. Bierzcie.
Ogromne Doświadczenie. Pisałem to krwią.
Cała wyciekła. Teraz czekam na transfuzję
w długim szeregu pana Mendelejewa.

4.

Cichy kącik. Zawsze o nim marzyłam.
A tu szły czasy nerwowe. Teraz leżę.
Sukienki nie ma ani ciała. Okulary
zsunęły się między wióry. Kret
z rzadka zagląda. Opowiada kolory.

5.

Zginąłem za pięć dwunasta. Nocą. To niesprawiedliwe.
Nad grobem gwiazdy migocą. Wiatr rusza pokrzywę.
Banalne? Jak samo życie, jak śmierć nie w porę.
Kto wie, jak umrzeć należycie? Rankiem? Wieczorem?

6.

Krecie, krecie, co się plecie?
Tu na piasku trochę ciasno,
trochę mokro, czarne okno.
W oczodoły korzeń spory
sięga. Z wiosną będę sosną.

7.

Tu jestem, twoja brzydula. Wreszcie
żadna w okolicy nie jest ode mnie
ładniejsza. Żadna – bardziej bystra.
Równość, równość. Małe wzgórki.

Witold Kaliński