Kochane klęski

1. Pod koniec lipca powróciła kwestia, czym jest dla niejednego z nas powstanie warszawskie. Czy ostatnim – jak dotąd – przejawem szaleństwa Polaków, czy tragedią jednego ludnego miasta na Mazowszu (stolicy kraju za sprawą pewnego nie bardzo wybitnego króla, Zygmunta III Wazy), czy wreszcie narodowym mitem? Wszystkim po trosze, a coraz bardziej tym ostatnim.

Nie ulega wątpliwości, że należy oddać hołd żołnierzom od szeregowca do pułkownika, podobnie jak cywilnej służbie powstańczej Warszawy. Współodczuwać z miastem. To poza dyskusją.

A jednak jest też taka płaszczyzna refleksji, gdzie emocje mogą pozostać na boku. Generał Anders, który – najstarsi pamiętają – miał „powrócić do Polski na białym koniu”, powiedział w sierpniu 1944 r.: Wywołanie powstania w Warszawie w obecnej chwili było nie tylko głupotą, ale wyraźną zbrodnią. A trudno zaprzeczyć, że doświadczenie wojskowe i polityczne Andersa było wielokrotnie większe niż decydentów w stolicy (którzy nie wyciągnęli żadnych wniosków z klęski akcji „Burza” na wschodzie Polski). Przypomnijmy też, że bezpośrednim efektem powstania była śmierć stu Polaków na każdego zabitego Niemca. Drugie zestawienie to dziesięciu zabitych cywilów na jednego powstańca, który oddał życie. Przeraźliwy wynik tej „moralnej podstawy niepodległości”, jak to się dziś deklamuje.

Inaczej wyraził tę samą kwestię Stefan Chwin. Pisze on: „Obok Muzeum Powstania Warszawskiego postawiłbym Pomnik Ofiar Powstania Warszawskiego – piramidę kamienną z 200 tys. płyt nagrobnych z nazwiskami spalonych i zabitych Polek i Polaków, wyższą niż Pałac Kultury.”

Kolejna jest wypowiedziana en passant opinia Normana Daviesa, ulubionego ostatnio historyka Polaków. Mówi o możliwości dłuższej obrony Warszawy we wrześniu 1939 r.: Można było dłużej bronić Warszawy. Ale po co? Żeby została zniszczona już w 1939 roku? Tym razem zgadzam się z Daviesem: o wiele przyjemniej stało się, że zniszczono ją w 1944 roku w wyniku szaleńczej decyzji krajowego dowództwa AK.

Ale dość o tym. Chcę zwrócić uwagę na inną nieco kwestię. Zacznijmy od kilku dat:

  • 24 VI 972 zwycięstwo pod Cydzyną
  • 15 VII 1410 zwycięstwo pod Grunwaldem
  • 27 IX 1605 zwycięstwo pod Kirchholmem
  • 12 IX 1683 zwycięstwo pod Wiedniem,

a ponieważ to były zwycięstwa, żadna z tych dat nie zasługuje na uwagę.

Byłyby też do rozważenia inne, bardziej państwowe daty i symbole, np. skoro dokładna data ani miejsce koronacji Chrobrego nie są znane, można by wziąć pod uwagę koronację Władysława Łokietka w Krakowie, od której trwa już nieprzerwana władza królewska (20 I 1320) lub datę śmierci Chrobrego, prawdziwego (wraz z ojcem) twórcy Polski (17 VI 1025).

Wyrosłem na gruzach Warszawy, mieszkając w niej od 1951 roku. Gdyby nie wojna, byłbym niewątpliwie mieszkańcem Lwowa, najpiękniejszego z dużych polskich miast, grodu zanurzonego w ponad tysiacletnią historię Słowian, Ormian, Żydów i innych plemion… Skoro poszło inaczej, to Trakt Królewski w Warszawie jest dla mnie równie symboliczny co Wawel i równie piękny. Ale Polska zachwyca w tylu miastach, w tylu legendach!
Warszawa ma swój „różaniec buntu”: insurekcja warszawska i rzeź Pragi, noc listopadowa, Olszynka Grochowska, spływająca krwią Traugutta i jego współpracowników oraz dalekich następców Cytadela, bitwa warszawska, powstanie w getcie warszawskim, wreszcie powstanie warszawskie. Może właśnie to czyni z niegdysiejszego miasteczka w pół drogi między historycznymi stolicami: Krakowem i Wilnem, między centrami handlowymi oraz naukowymi: Gdańskiem i Lwowem – stolicę.

Czy trzeba jednak, by Polacy upodobali w klęsce?

2. Zwycięstwo tak dalece nie jest dla Polaków do strawienia, że nawet gdy się je (niechcący?) odniesie, trzeba się zeń wytłumaczyć. Tak właśnie tłumaczymy się z bitwy warszawskiej, która zatrzymała pochód Armii Czerwonej w 1920 r. Nazywamy to – przynajmniej niektórzy tak nazywają – „cudem nad Wisłą”. Bo jak inaczej zwyciężyć? Męstwem? Szablami? Armatą? Tak zwyciężają inni, nie my. My – cudem.

A swoją drogą, jest coś urzekającego, jakieś słodkie kłamstwo w tej nieskłonności do wygranych. Jest też racjonalizacja upadku. Jeszcze w XVII wieku nikt by takiego bohatera, słabego i „romantycznego”, w Polsce nie urodził. Dopiero potem: Ordon, Jacek Soplica, Wokulski, Wołodyjowski… Owoc Polski rozebranej.

Pięknie umierać uczyli Polaków literaci. Inżynierowie dusz. Potem się tego uczepili mierni politycy. Jedni i drudzy rzadko giną, chyba że w powodzi słów.

Witold Kaliński, 22.08.2009