List z gimnazjum

Jak ja się tu awanturuję, to czy Ty mnie słuchasz, Panie Bogu?
jeśli nie, to pójdę, usiądę na Twoim progu
i taki Ci pasztet zrobię, że Twoi Anieli
zawyją, nawet ci, co tylko śpiewać dotąd umieli.
Bo to jest niemożliwe, co Ty ze mną wyrabiasz. Tak, o Hiobie
słyszałem. Ksiądz mówił. I co z tego? Jak ja coś robię,
to Ty zaraz wszystko poprzekręcasz i na to wychodzi,
że ani moja nauka w szkole,
ani moje niezbędne stosunki z kolegami
(tak mówi Tato, kiedy wraca później do domu),
ani ta Marysia K., no nic Cię nie obchodzi.
A przecież trzeba mieć przyjaciół. Ty masz?
Ciekawe, czy wiesz, co powiedzieć, kiedy Marysia
bez słowa z klatki schodowej wychodzi
popatrzy obojętnie, a potem przechodzi
dalej. Ale mnie wcale nie przechodzi!!!
Ty wyślij do niej jakiegoś nowego Anioła Stróża,
bo ten co jest teraz, to chyba zasnął w kącie podwórza.
On nie wie, co jest dla Marysi najlepsze. Ja wiem!
Wcale nie Kazik! Ja bym z nią siedział na trawie,
i gadalibyśmy o tym wszystkim, czego nie umiem
omawiać z Kazikiem ani z Romkiem, sam rozumiesz…
I nawet mógłbym, chociaż to głupio, przynieść jej różę,
a potem… pocałować ją w buzię!
Zgadzasz się? No, powiedz coś, u licha,
bo ja tu jak baba siedzę i wzdycham
(oj, może „u licha” to niegrzecznie? skreślam!
ale już naprawdę brakuje mi powietrza,
jak ona tak chodzi). A z innych moich kłopotów
czy nie zająłbyś się którymś ze szkolnych przedmiotów?
Biologią na przykład, bo tam same takie wyrazy,
których nawet mój Tata nie słyszał, choć na ogół Starzy
moi są dosyć zorientowani w życiu i w telewizorze
nawet raz o nich było. To ja się zaraz położę
i poczekam, żebyś Ty coś zrobił. Wybieraj!
Marysia czy biologia? sam widzisz, że teraz
masz szansę pokazać, co to znaczy wolna wola. Ja to rozumiem.
To wtedy, kiedy mam biec do szkoły, chociaż biologii nie umiem.
I jeszcze cieszyć się z tego, że biegnę, chociaż śniadanie
dziwne rzeczy wyprawia w moim brzuchu. A właśnie nad ranem
śniła mi się Marysia. I co wtedy zrobiłeś? Siódmą godzinę,
żeby mnie Mama za nogę z łóżka ściągała! Niech zginę,
Ty chyba wcale na mnie uwagi nie zwracasz. Dlaczego?
Przecież mógłbym być Twoim najlepszym kolegą!
Pomyśl o tym. I daj mi jakiś znak. Może przez Marysię…?
Jeśli się jej przyglądasz, to chyba też podoba Ci się?
No, muszę już kończyć, sam wiesz… anglik, fiza…
Kazik i Roman… a tu koniec roku się zbliża.
To cześć, na razie… mogę jeszcze kiedyś napisać?
(Opowiem Ci, jak poradziłem sobie z Marysią.)
Napisałbym do Ciebie,
tam, w Niebie.

Witold Kaliński, 29.04.2010