Moje przygody w Beskidzie

dzisiaj: 25 października Roku Pańskiego 1847

Dzięki Bogu i Stryjowi Karolowi siedzę zakopany po uszy w świeżo spadłym śniegu, ale przecież żyję, jestem młody i pewnie przetrwam do chwili, kiedy wreszcie będę mógł wyrwać się w świat, już bezpieczny. Uniwersytetu się nie boję, choć trzeci rok swobody od szkolnych preceptorów trochę mnie rozleniwił. Na szczęście mam tu kilka książek, jakie Stryj Karol dla swej rozrywki zebrał i pozostawił w mojej samotni. Do tego sporo papieru dla prowadzenia kancelaryjnych rachunków z zysku, przynoszonego przez chłopów wierchomlańskich i dwu żydowskich arendarzy w tej okolicy, po trosze zapomnianej od Boga, ale przecież całkiem dobrze pamiętanej przez ksienię klasztoru klarysek w Starym Sączu, czcigodną właścicielkę części dóbr tutejszych.

Domek stoi na polanie, nie tak sporej, by miała posłużyć do pasania owiec, ale wystarczającej dla samotnych jego mieszkańców. Nie jestem co prawda pewny, czy zawsze samotnych, bo niektóre w nim ślady świadczą, że Stryj, aczkolwiek posiadający w nieodległej Muszynie czwórkę dzieci, nie stroni tutaj – z dala od oczu Ciotki, swej żony – od towarzystwa kobiety. Jakaś niewiasta zostawiła nieznaczne ślady w dwu izbach, przedzielonych tradycyjnie korytarzem. Ale co tam, chociaż samotny, nie planuję zostać ni mnichem, ni Stryja łaskawego spowiednikiem.

Relacje podobne do tej, jaką tu zamierzam (i nie wiem, czy skończę), zaczynają się zwykle od podania paranteli rodzinnych, opowieści z dzieciństwa i szkół. Chyba z tego na razie zrezygnuję, skoro mam zamiar wprowadzić nieco porządku w kręty bieg zdarzeń, które mnie tu doprowadziły.

Jedną z książek – Stryj dba o nowości, sprowadzane przez swego przyjaciela, Grünbauma, ojca urodziwej Zohar (dla której, gotówem się założyć, akurat do Tylicza po owe dzieła Stryj jeździ zawsze osobiście) – jest Juliusza Słowackiego „Kordian”, bardzo piękna opowieść rymami o młodym jak ja, ale przecież podchorążym, wydana w Paryżu. Nie zaczyna się ona wcale jak dawne opowieści, tylko od razu „od środka”. Chętnie czytam pierwszy monolog, chociaż nie całkiem rozumiem Kordiana. Czyż jednak nie każdy swoje własne uczucia krwią karmi? Oto te strofy, które tu przepisuję:

Boże, zdejm z mego serca jaskółczy niepokój, daj życiu duszę i cel duszy wyprorokuj.

albo mniej zrozumiałe, nieco dalej:

Otom posąg człowieka na posągu świata.

Życie bohatera poematu niezwyklejszą kreśli drogę niż moje. Nie mogę też powiedzieć, żebym czuł jak on, bowiem zawirowania ostatnich czasów nie pozwalały mi na angielski spleen, o którym gdzie indziej wspomina ów Kordian, który jeśli przeżył skok przez bagnety, to byłby rówieśnikiem najmłodszego spośród moich stryjów. Ale ten z książki młodzieniec, z którym przestaję w cichej chacie, pozwala mi na rozmowę z sobą. Jestem przecież równy z nim w latach, gdy tymczasem stryjowie się postarzeli.

Ja więc rozpocznę – jak Słowacki dramę o Kordianie – od trwogi, tyle że powszechnej, a więc od tej chwili, gdy ogarnęły Muszynę pogłosy najpierw krakowskiej próby powstania szlachty i oficjalistów przeciwko Austryjakom i zaraz potem przeciwnej powstańcom akcji podnieconych i wygłodniałych chłopów.

Tu trafiam na trudność, z którą nie wiem, czy sobie poradzę. Dzięki zdarzeniom, w których po trosze uczestniczyłem, dzięki zaufaniu mych stryjów i innych szlachetnych ludzi – mam nieco wiadomości i z nich wnioskuję, że potrafiłbym dołożyć swoje pisanie do opowieści o następujących potem dniach. Ale trzeba przyjąć jakiś porządek, obmyślić plan gawędy. Okazuje się, że trudniej napisać romans niż go przeżyć. Lub też nie mam talentu.
Piszę więc, jak umiem, próbując ułożyć za porządkiem to, co trafiało do moich uszu. Będę też czasem zmyślał rozmowę, niczym duch nasłuchujący zza kotary. I taką rozmowę teraz właśnie podaję, jakbym był postacią kozła na plafonie salonu w Wiedniu i miał wielkie, koźle uszy. Lecz nie smród kozła.

grudzień 1845

Metternich był tego dnia w dobrym humorze. Lubił czasem przyjąć kogoś z polskich magnatów. Skoro zaś gościa rekomendował Alfred Potocki… można mu poświęcić chwilę uwagi.

  • I cóż tam, kochany książę, jak minął ten bolesny rok w twoich dobrach? Powódź dała się wam w tej waszej Galicji we znaki?
  • Powódź mniejsza, ale zbiory ziemniaków całkiem poniszczone od zarazy. Lud wygłodzony. Widać Bóg tak postanowił. – Władysław Sanguszko spoglądał bystro na kanclerza.
  • Ach, tak. – Metternich strzepnął nadmiar pudru z rękawa. – Słuszna opinia, którą podzielać gotówem.
  • Jednak w innej sprawie proszę o posłuchanie.
  • A więc…
  • Niepokoi nas zamęt socjalny. Panowie bracia mówią o jakowychś emisariuszach z Poznania, nawet z Francji. Ziemię chłopom chcą rozdawać. Podobno i kobiety wspólne mieć. Trzeba temu stanowczo zapobiec.
  • Cieszy nas ten przejaw lojalności. Tak, tak, Francja, Poznań… słyszałem i ja co nieco. Ale zostawmy to. Wybiera się książę na jutrzejszy bal? Zaproszenie musiało dotrzeć.
  • Będę niezawodnie.
  • A o dobra swe proszę się nie martwić. Weźmiemy je pod opiekę, gdyby komuniści przyszli.
  • Zamieniwszy jeszcze kilka grzeczności, Metternich pożegnał polskiego arystokratę. Miał poważniejsze sprawy na głowie: zbliżającą się wizytę cara rosyjskiego. Dobrze to rokowało w sprawie Krakowa.

Czy mogę tak udawać Terencjusza, nie zważając na Plutarcha? Już będę się ograniczał, ale jeszcze niemal słyszę krzyki chłopskie w karczmach Galicji:

  • Księży, kobiet i Żydów zabijać nie wolno, ale za to kużdego ciaracha od lat dziesięcich.
  • Ale potańcować z Laszkami?
  • Nie ma befelu na baby.
  • Cesarz skasował dziesięć przykazań, to można…
  • Święte obrazy to też panowie. Podpalaj!

Czy i z tych zabójców będzie kiedyś naród? Czy będzie społeczność? Może to oni zasiądą ziemię, a moich stryjów braknie? Słowacki umiałby to i rozeznać, i spisać wierszem, ja mogę tylko puszczać wodze prozaicznej półfantazji. Tej zresztą trzeba mi naprawdę dużo, bo jedno wiem: nic nie było oczywiste, nic proste w dniach zawieruchy oraz śmierci niezawinionej. Ot, słyszę, że wiejskie baby, krwi żądne, gdy napadły szlachciankę, potrafiły odgryźć jej palce, by dostać pierścień jeden i drugi czy obrączkę sakrament utwierdzającą. Po czym zapominały o wszystkim, napotykając księdza dobrodzieja. Straszne.

A przecież nie brakło też ironii, do której nas romantycy, a szczególniej pan Juljusz, przyzwyczaić próbują. Otóż, jak mogłem się dowiedzieć ze znaczną pewnością, Limanową najpierw obronili przed chłopami mieszkańcy pod dowództwem komisarza sądeckiego Grohmana, a następnie miasteczko przetrząsnęła, lecz bezkrwawo, kilkutysięczna „armia” chłopska, którą dość szczęśliwie rządził inny komisarz, Vitzhum.
Czy ktoś może to zrozumieć? I drugie pytanie – kto tu kierował: mieszczanie Grohmanem czy Vitzhum krwawą zgrają? Lub tylko żywioł powietrza hulał po Galicji?

limanowskie – bez światłocienia

…a chłopi rżnęli: t a k – t a k…
a szlachcic wrzeszczał: n i e – n i e!
a oni znowu: t a k – t a k…

Skoro wspominam o austriackich urzędnikach… zgrabnie uczynił zastępujący starostę rzeszowskiego Festenburg. Wystawił gołe szubienice na granicach obwodu, a na nich napis: „za każdy eksces wieszać będę.” Bardzo to uspokoiło tamtejsze chłopstwo, a i oficjalistom dało do myślenia.

Rekwizyt niechrześcijański, ale jego użycie pożyteczne.

dziś (a razem dni kilka)

Wracam do relacji, przywołując zdarzenia, które działy się na przedwiośniu czterdziestego szóstego roku na północ od Dunajca. Oddzielała nas w Muszynie od tego terenu przestrzeń zaledwie dnia jazdy, a już i bliżej, wokół Grybowa napadano na dwory. Nie czynił tego jednak lud łemkowski, zamieszkujący „państwo” muszyńskie, nie działo się też wiele złego wokół dworu w Nawojowej, w dziedzinie Szreniawitów-Stadnickich, gdzie niedawno hrabia Edward pojął słynącą z urody i majętności młodą żonę, Ludgardę, córkę szambelana Stanisława Mniszecha i Heleny Lubomirskiej.

Właśnie tamtej zimy miałem szczęście gościć wraz ze Stryjem Karolem w nawojowskim pałacu, w drodze do klasztoru starosądeckiego, gdzie Stryj zdawał coroczne sprawozdanie z zimowego pozyskania drewna, ale też ze zgonów, urodzin i w ogóle porządku w wierchomlańskich dobrach klasztornych. To ostatnie wobec niedawnych powodzi oraz głodu (po którym miał przyjść rok jeszcze gorszy) nie było bez znaczenia. Wybierając się w drogę, Stryj zabrał i mnie. Łączyło nas upodobanie do literatury. I do kobiet, jak się z wolna okazywać miało.

Wolałby on może szlak przez węgierską Lubowlę z noclegiem w Piwnicznej, ale mówiono, że przejazdu tamtędy z powodu śniegów nie ma, wilki słychać i chęci do ryzyka w narodzie brak. Pozostała droga przez wieś Łabową, z wiadomych nam obu powodów wiodąca pierwej na Tylicz.
Pamiętam, że wybraliśmy się do dnia, wygodnymi sańmi, otuleni futrami baranimi, Stryj nadto w wilczej szubie, a na moich butach suka Inez, towarzyszka mych przygód do dziś dnia. Powoził, jak zwykle, Dymitr. Stryj zabrał bukłaczek grzanego wina z goździkami oraz nieco suszonego mięsiwa. W skrzyni z tyłu sań wieźliśmy też świeżą, a zmrożoną dziczyznę na prezenty, mając nadzieję, że nie odtaje w słońcu i wilków nie przywabi.
Oczywiście, rankiem w Tyliczu Stryj zajechał do składu towarów Grünbauma, nie żeby co kupić, ale by spotkać Zohar, skoro ze wschodem słońca zazwyczaj córka stała za ladą. Wyznam tu, że dziewczyna bardziej poglądała na mnie, a Stryj miał tylko sposobność przepić kusztyczek likieru z ojcem panny i zamówić świeżą powieść Rzewuskiego „Listopad”. Wziął też od Żyda zgrabne puzderko, może na tabakę. Kazał przewiązać wstążką, z tych najdroższych.

Jechaliśmy. Suka grzała mi nogi, przykryte zresztą i po wierzchu baranim futrem, spływającym z kolan. Rozmawialiśmy chwilę o niedawnym wieczorze, kiedy przez Muszynę przejeżdżał słynny pono magnetyzer z Wiednia. Nietrudno ludzi namagnetyzować, tego już zaczynałem się domyślać, patrząc na świat.

Krynicę, której świeże zdroje mocno podupadły, a po prawdzie całkiem zaniechane przez kuracjuszy zostały, minęliśmy, nie zatrzymując się, bo i nie było u kogo, pan Leon Żuławski bowiem jeszcze nie rezydował w Zdroju, mieszkając i pracując w Limanowej, a tym bardziej zacny pan Michał Zieleniewski nie był tu jeszcze widywany. Habent sua fata libelli, ale i krynice…

Dzień jeszcze był silny, choć słońce zaszło, gdy zaczęliśmy podjazd na górkę w Nawojowej, gdzie dymy z kominów pałacowych już z dala obiecywały gościnę.

We dworze nie było zbyt wiele służby, jako że dobiegający trzydziestu lat, zatem w rozkwicie męskości będący hrabia Edward – okazało się – przebywał na polowaniu aż za Jasłem, a raczej w pobliżu Sanoka (nie wiedziałem wtedy o ruchawce tamtejszej, o czym później miałem powziąć wiadomość jak najszczegółowszą). Zaprowadzono nas do pokoju gościnnego, gdzie rozlokowaliśmy się na jedną noc i przebrali do obiadu, spożywanego w towarzystwie młodej pani Ludgardy. Wcześniej Dymitr przekazał służbie kuchennej jedną z saren, wiezionych na prezenty, za co Stryjowi podziękował sam Maurycy, zarządca dworu. Przyniósł on też do pokoju naszego karafkę z jałowcówką i przepili ze Stryjem na apetyt. Mnie musiało wystarczyć wspomnienie użyczonej w ciągu dnia nalewki, specyjału Stryjny.

Byłem podniecony i samą podróżą, i czekającym mnie spotkaniem. Pamiętam zdarzenia, jakby to było dziś, choć nowsze przygody powinny były przecież zatrzeć tamten wieczór. Pamiętam, że dziewki wniosły miski oraz dzban z gorącą wodą i drugi z zimną, więc mogliśmy się obmyć się z podróży. Kobiety tymczasem zarzuciły prześcieradło na siennik, oblekły poduszkę i grubo tkany pled, zastępujący pierzynę. Rozpaliły w kominku, a jedna z nich ruchała w łożu sporą krytą patelnią, zwaną tu babą, z żarem z kuchni przyniesionym, dla podgrzania i wysuszenia przenikniętej wilgocią pościeli. Wyszły, zanim Stryj zdążył założyć czystą koszulę.

Spojrzałem przez okno. W przeciwnym skrzydle, na piętrze też widać było światło i domyślałem się za firanami pomieszczeń pięknej Ludgardy. Czy to jej cień mignął raz i drugi?

Obiad, podany na godzinę szóstą, przyszedł już do głównych dań, gdy rozpoczęła się rozmowa o wypadkach tarnowskich, której ja, jako najmłodszy uczestnik, tylko się przysłuchiwałem. Spróbuję ją tu stworzyć na nowo, manierą pisarzy.

10 marca 1846

Najlepiej poinformowany zdawał się być przybyły tego samego dnia z Nowego Sącza radca prawny, Filip Laubach.

  • U nas, łaskawa pani hrabino, spokojnie. Dwu emisariuszy schwytano jeszcze jesienią, a zresztą naród ciężką zimą zatrudniony. Kilka incydentów, o których i mówić szkoda.
  • Ależ wokół Grybowa… – zaczął proboszcz, lecz nim skończył, siedzący naprzeciw niego starosta Bochyński powiedział:
  • Prawda to, w wielu dobrach zaufanie włościan do szlachty zanikło. Jednak tutaj, w domenie pani hrabiny i hrabiego Edwarda, sprawy zupełnie inaczej się mają. Zaś pod Grybowem i wszędzie dalej powstrzymaliśmy komunistów.
  • Hrabina podniosła wzrok znad talerza.
  • Słyszałam, że górale podnieśli się na Podhalu. Dobrze, że Edward w przeciwną stronę się udał polować.
  • Laubach był zadowolony ze swej roli dobrze poinformowanego.
  • Nie na całym Podhalu, tylko w Chochołowie, ale to już skończone. Wystarczyło napuścić na nich krewniaków z Czarnego Dunajca. Także Benedek pierwszego marca pod Gdowem rozpędził buntowników.
  • W niedzielę była bitwa? Czy to po bożemu?
  • Niedziela najlepsza dla przywracania porządku, ustanowionego na tym grzesznym padole. A w pańskich stronach, panie Medvečky, cicho? [Pamiętam, że użył, chyba nie przypadkiem, węgierskiej wymowy naszego nazwiska.]
  • Ja, panie radco, siedzę na samej granicy, nie wiem nawet, kto prawy, a kto nieprawy. Już dwa lata mijają, jak nie byłem w Peszcie. Piękne miasto.
  • Podobnie i Kraków – wspomniała hrabina – ale czy nadal?
  • Pamiętam Peszt znacznie piękniejszy, i większy. A jeszcze teraz…
  • Myśli pan o niedawnym wkroczeniu wojsk cesarza do Krakowa? – zapytał szybko Laubach. Stryj chwilę nie odpowiadał, po czym, ignorując radcę, zwrócił się do gospodyni.
  • Widzi pani, hrabino, nie było pani na świecie, gdy na Wawelu chowano Tadeusza Kościuszkę.
  • I księcia Poniatowskiego – dorzucił Józef [to jest ja. Chciałem bowiem zaznaczyć swą obecność najdelikatniej, a także wspomnieć bohatera, na którym zamierzałem się w życiu wzorować].
  • Otóż to. Jedni próbują z Krakowa uczynić sanktuarium, a równocześnie inni, też Polacy, tuż obok konspirują – rzekł stryj, przenosząc wzrok na Laubacha. – Oby tylko armaty nie ostrzelały wawelskiej katedry. Prawda, panie radco? Kultura by ucierpiała.
  • Boże, niech pan tak nie mówi! – wykrzyknęła hrabina.
  • Straszy pan naszą dobrodziejkę – stwierdził oschle Laubach.
  • Ja nic nie mówię, tylko patrzę i słucham. Gdy jednak austryjackie kule zbudzą śpiącego Łokietka… Jeśli pani hrabina pozwoli, pyszny ten bażant.
  • Na wety przejdziemy do salonu. Pijcie, panowie – uniosła nad stół kielich z purpurowym winem, umoczyła wargi jednakowego z płynem odcienia.

dziś

Rozmowa trwała i dłużej, ale że nie mam tu nadmiaru papieru, a nowy nie wiem, czy nadejdzie, poprzestanę na tym. Bardzo to zabawne tak się od siebie odsunąć, pisać jak o obcym. Rodzi też różne myśli, zagłusza niepokój serca.

Nie wiem, jak Stryj, ale ja sam wyspałem się dobrze we wspólnym łóżku. Wieczorem jeszcze widziałem cień kobiety, przesuwający się za firankami w skrzydle gmachu pałacowego. Hrabina lub któraś z dwórek? I zastanawiałem się zasypiając, czy piękniejsza Ludgarda, czy Zohar. Jednak wypity węgrzyn nie pozwolił mi rozstrzygnąć dylematu.

Następnego dnia, po wczesnym śniadaniu, zjedzonym samotnie, jako że dwór spał, udaliśmy się do Sącza. Nasłuchałem się tu świeżych opowieści o rabacji, bo też zdarzała się ona o krok, tuż za Dunajcem. Jednak co było dla mnie najciekawsze i zapadło w pamięć, to wieści z Sanoka: tam podobno do starosty Ostermanna donosy o mającym nadejść buncie „panów Polaków” złożyli zarówno rzymski ksiądz dziekan, jak też wyznaczony na przywódcę powstania szlachetka. Z czego śmiech był powszechny w karczmie, a śmiejąc się jeden poglądał na drugiego, czy nie jest ponury, o czym by można donieść do cyrkułu.. Chłopi też tamtejsi, z okolic Krosna – mówiono – bez zachęty ze strony urzędników cesarskich sami rozprawili się z „Polakami”. Jeden Bułharyn (usłyszałem wtedy pierwszy raz to nazwisko) przemknął na Węgry z garstką powstańców i tak życie uratował. Cieszyłem się, ale po cichu.

Gdy opowiedziałem później o tych zdarzeniach Stryjowi, wypił za owego Bułharyna toast w jednym ze składów towarowych palącą śliwowicą. Nie sympatyzował (tak mi rzekł) ani z chłopstwem, ani z cesarskimi. Zaś o powstańcach tutejszych nabierał mniemania jak najgorszego. Ja słuchałem, co mówił. Myśl mnie naszła, że byli przecież ofiarą jakiegoś ideału. Ojczyzny? francuskiej demokracji? wyznania wiary? Trudno dociekać. Niełatwo też było uznać, że sam ów ideał wystarcza za powód do nieszczęścia, sprowadzanego na jego wyznawców. Byłżeby wtedy ideałem? Tak, odpowiadał ze szkolnej ławy duch Leonidasa. Nie, jeśli efekt zdarzeń przeciwny się okazał do zamierzeń, podszeptywały inne, bardziej angielskie głosy w mej głowie.
Na nocleg stryj wybrał domek nieduży, popatrując na mnie z uśmiechem lekkim, czegom nie rozumiał. Dopiero na miejscu okazało się, że mieszka tu wcale udana matka z trzema córkami. Był to jeden z paru miejscowych zamtuzów, gdzie w saloniku napotkaliśmy jedynie sekretarza rady miejskiej, nazwiska nie pomnę, dość już podchmielonego. Bełkotał on, że „mieszczanie wyrżną u siebie tych panów, co chłopskiej uszli rzezi”. Akurat ty się nadajesz do rżnięcia, pomyślałem, może byś tylko zrabowane srebra odsprzedał w karczmie, ale że Stryj go ani słuchał, więc i ja ominąłem kreaturę.
Od początku przeczuwałem skłonność raczej do matki niż do którejś z córek, i tak się też po niewielkiej kolacji – mogę rzec ściśle – ułożyło, co sobie nadal chwalę. Nie pisząc jednak romansu, jeno gadkę, pozostawię detale na uboczu. Stryj za nocleg z usługą zapłacił, jam był kontent. No, kończę na dziś pisanie, bo mnie już i plecy bolą, i zaduch oleju szczypie w oczy.

to już listopad

Właśnie Filomena przyniosła mi ser, chleb i mleko. Razem z nią paruletni brzdąc, który gdy przychodzi, podaje mi poważnie rączkę i przedstawia się:
– Wołodymyr Chylak. – Śmiejemy się z matką; zresztą nie ma ona wiele czasu, bo w domu zostały starsze dzieci. Tutejsi ludzie wykorzystują każdą chwilę celowo, zgodnie z rytuałem właściwym dla pory roku. Gdybym im powiadał o nudzie, a może i o nadziei, nie wiem, czy chcieliby słuchać. Piękne mają stroje, a najpiękniejsze pieśni, pokrewne spiskim. I Filomena nuci wychodząc.

Tymczasem powinienem rozpocząć był od wyznania, że zaraz po szkołach zająłem się, nie bez zgrozy mej Matki, chodzeniem z kontrabandą na południe. Nie dla zysku, ale dla przygody. Towar zwykle dostarczali inni, często aż spod Łysogór pochodzący, zaś my, obznajmieni z górami pogranicza, nieśliśmy go lub pędzili dalej, czasem kończąc trasę w okolicy Koszyc, zwanych z węgierska Kassa, a po cygańsku nawet Kasza, kiedy indziej znów wędrując Karpatami aż po Bukowinę, ale to rzadko.

Niewiele minęło czasu, gdy po naszym powrocie do Muszyny nadeszła kontrabanda z Królestwa. Towaru do przemycenia najdalej jak się dało na południe, choćby i do Siedmiogrodu, było w bród. Konieczne okazało się utworzenie aż trzech grup, a że przewodników było u nas doświadczonych dwu, pierwszy raz postawili mnie na czele ostatniej z wypraw, której trasa biegła południowym łukiem Karpat. Starsi przewodnicy wybierali zwykle drogę przez teren bardziej zaludniony, gdzie mieli z dawna ustalone etapy. Zawsze w okolicy był jakiś jarmark, na który ściągali kupcy z dalszych okolic. W tłumie najłacniej się ukryć, prędzej niż w lesie.

Powinienem tu powiedzieć, co skłoniło mnie, którego jeden ze stryjów, Alojzy, był w Muszynie naczelnikiem celnego urzędu, właśnie zwalczającego kontrabandę, do podejmowania tych ryzykiem opatrzonych wypraw. Ale nie wiem, jaka jest prawda o moich czynach, chyba sama młodość. Com miał robić? Mógłbym pomagać ojcu, a zapewne odziedziczyć też po nim kiedyś spokojną pozycję łaziebnika w Muszynie. Coraz więcej ludzi korzysta z wód, a muszyńskie nie ustępowały najlepszym, choć miasto skromniejsze było niż tamte, węgierskie. Mógłbym też udać się na studia, o czym ojciec coraz częściej napomykał. Na jakie? Trudno rzec. Jeśli nie teologia, to prawo lub medycyna dawały dobry start do kariery w każdym miejscu cesarstwa. Może by mnie ciągnęło do wojska, ale wiedziałem, że tam starszy stopniem ma rację, co bynajmniej nie wydaje mi się prawdą także i dziś. Rozumiem, że dobre wojsko to szybki rozkaz i zręczne jego wykonanie. Wolałem jednak, ile się da, rozkazywać sobie sam, a z wykonaniem zwalniać, jak mi radziła Zuzia, co mnie pierwsza uczyła kochania.

Ojciec, zajęty poszukiwaniem źródeł wodnych po okolicznych górach, więcej naradzał się o mej przyszłości ze stryjami niż przymuszał mnie do czegokolwiek. Mogłem urwać się z domu na przygodę.

Moja grupa złożona była z paru synów mieszczańskich (których starannie dobrałem spośród kolegów) i z kilku starszych Łemków, znających na wylot obie strony Beskidu i mających krewnych na całej trasie naszej podróży. Ludność ta, nawet jeśli nierzadko w biedzie żyjąca, przecież nieskłonna była rwać się do krwawej sprawiedliwości, jak to czyniło od wieków, choć z przerwami na przebolenie kar, osiadłe chłopstwo od Bałtyku po Adriatyk. Kobiety łemkowskie wolały romanse, śpiew i taniec, zaś mężczyźni – kłusowanie po lasach i wodach, tani, domowy alkohol i turecki tytoń. Zaś z Niemiec przemytnicy sprowadzali dla naszego chłopstwa eter.

Po te towary właśnie Łemkowie (różnie zresztą jako naród nazywani, a z dawna Rusinami) wybierali się pod kierunkiem znających kraje Korony Węgierskiej przewodników parę razy w roku. Na tamtą stronę gnali konie albo nieśli płótna, chustki, koronki, a wracali z torbami pełnymi tytoniu. Miewali poważną konkurencję w grupach przemytniczych różnych nacji, ale popyt regulował te kwestie, których nie rozstrzygnął błysk noża lub – rzadziej – nieprzyjemny a skuteczny donos, sposób znany w każdej sprawie, gdzie szło o czyjeś bogactwo.

Poszedłem więc jako przewodnik, z lekkim workiem, zapakowanym słomą, by uciekać łatwiej w przypadku napotkania straży pogranicza i pogoń na siebie ściągnąć. Gdybym zaś został schwytany, za słomę mogłem najwyżej paru przekleństw się doczekać. Słoma w górach tania. Równocześnie inni towarzysze wyprawy posuwali się w niejakim oddaleniu, by w razie sygnału o zagrożeniu zatrzymać się i w zależności od sytuacji skierować inną drogą. Wtedy kolejny spośród nich, wskazany uprzednio jak zastępca, zostawał „na wabia” przewodnikiem. Do tej pory tylko zastępcą bywałem, ale nigdy jeszcze nie przyszło mi prowadzić. Worek tylkom starannie wybrał, bo przydać się mógł w razie napotkania uprzejmej niewiasty. Raz nawet pomogła mi dziewczyna ponownie wór napełnić, jako że całkiem przy romansowaniu sklęsł i ślad sieczki na drodze pozostawiał. Ojciec mój, Ignacy, który się niejednego domyślał, radził mi odkładać grosze na przebłagalną figurę Panienki do kościoła muszyńskiego. Matce jednak o niczym nie mówił.
Nie będę tu opisywał ani grupy naszej, ani też trasy, bo gdyby niepowołane oczy spoczęły na tym bazgroleniu, mogłoby stąd wiele złego wyniknąć. Nie będę też rozwodził się nad konfuzją, jaka spotkała mnie, gdy zostaliśmy pochwyceni przez straż węgierską opodal Bardejowa. Wieść o tym, że siedzę w bardejowskim cyrkule, dotarła do mej rodziny, trzeba trafu, w niedzielę. Spróbuję tedy znów pióra pisarza, co mnie coraz bardziej się zdaje miłe. Zacznę opisem, jak w romansach Skota, chociaż krócej (za przyczyną wiadomego niedostatku papieru i bodaj czy nie talentu).

22 marca 1846

Czwarta niedziela postu przypadała tego roku zaraz po pierwszym dniu wiosny. Ksiądz w kazaniu znowu o niepiciu wódki mówił i po mszy zapisywał tych, co ślubują powstrzymać się od jej przyjmowania. Nie wszystkim się to podobało, bo jedni kompanów do kieliszka tracili, drudzy spodziewany zysk, ale głośno nikt się dobrodziejowi nie przeciwił, toteż połowa miasteczka została już pochwycona w sieci trzeźwości.
Odwilż kapała ze śnieżnych okapów nad oknami. Medweccy siedzieli właśnie po obiedzie, tym razem w domostwie Karola, niepokojąc się, bo chociaż rabacja minęła, pozostał lęk.

Spierali się właśnie o to, czy chłopstwo po ziemie kościelne też następnym razem sięgnie, gdy przyszła wiadomość do dworu, że naczelnik ceł jest potrzebny w urzędzie. Zdziwiony Alojzy zaczął się żegnać, inni siadali do kart. Nie minęła jednak i godzina, gdy Alojzy powrócił, by zobaczyć się z braćmi. Oddychał ciężko, widać, że się spieszył. Błoto, nasycone końskim nawozem, zostawiało ślady na anatolijskim, acz podniszczonym dywanie.

  • Co się stało? – zapytał Karol.
  • Źle jest. Węgrzy trzymają Jakuba w cyrkule w Bardejowie. Podobno chcą go odesłać dalej, może i do Pesztu.
  • A co on tam robił?
  • Zapytaj go, kiedy wróci. Mówią, że szedł z przemytnikami. Jeśli się potwierdzi, to mój urząd diabli wezmą.
  • Karol nie umiał udawać, że się martwi. Uśmiechnął się też lekko, mówiąc:
  • Gdyby nawet co zrobił dla zabawy, chłopak się nie przyzna. A że za dużo biega po górach, to i prawda. No, teraz mu się woda do uszu naleje. Trzeba go będzie wreszcie na studia wysłać, do Lwowa albo do Wiednia. Jak myślisz? – rzekł, zwracając się do Ignacego.
  • Powinien studiować prawo, przyda mu się. Dał się złapać, diabli nadali. A jeśli go wcielą do wojska, co zrobię? Założę się, że twoi koledzy czekają teraz na łapówkę.
  • To pewne.
  • Skoro cię zawiadomili, to już idź i dowiaduj się dalej. Mnie nawet i znać sprawy nie należy. Powiesz mi tylko, ile będzie kosztować puszczenie basałyka.
  • Dzisiaj się pewnie dowiedzieć nie zdążę, prędko nie wrócę.

Medweccy w niedzielne wieczory, usprawiedliwieni porannym wytrwaniem w kościele, grali w karty: labeta czy bezika. Próbowali też taroka. Grę ożywiały domowe nalewki, słodsze dla pań, mocniejsze i wytrawne dla panów. Pili jednak dziś niewiele, może i przez księże kazanie powściągani. Apel o trzeźwość zwrócony był w istocie do chłopstwa i uboższych mieszczan, ale dotarł i do ich uszu.

Bardzo to ciekawe, jak naprawdę wyglądała ta niedziela. Ale nic, ciągnę rzecz dalej, przechodząc od razu do początku moich prawdziwych przygód. Będę próbował patrzeć na siebie z oddali, choćbym i miał być wyśmiany przez niewiadomego czytelnika tych zapisków. Jeszcze tylko wspomnę pierwszą noc w cyrkule.

Pamiętam, jak drżałem z zimna w piwnicy bardejowskiego ratusza. Dobrze, że zostawili mi – czy nie na pośmiewisko? – worek ze słomą, z którym zostałem złapany. Wodą z kubka popiłem wyjętą z kieszeni kożuszka pajdę chleba z kotletem, wziętą na drogę, a przy rewizji łaskawie zostawioną. Na resztce wody już zaczęła formować się lodowa skorupa, gdy przypomniałem sobie o książce w kieszeni. Jak na ironię, był to francuski romans d’Arlincourta „Samotnik”, rzecz o Bolesławie Szczodrym, silnym królu. Póki światło z okienka pozwalało, czytałem. Potem próbowałem zasnąć, drżąc pod przykryciem kożucha, jako że od podłogi, mimo słomy w worku, zresztą zewsząd wdzierało się zimno.
Wracam pisać i przypominać.

koniec marca 1846

Drugiego dnia przed wieczorem po Józefa [to jest po mnie] przyszedł strażnik i wyprowadził go najpierw z celi, a potem i z budynku, gdzie był więziony. Józef szedł chętnie, rozgrzewając się w drodze, choć w chwilę po zachodzie słońca mróz zaczął tężeć. Dwie uliczki, w które kolejno skręcili, doprowadziły ich do bardejowskiego rynku, gdzie ku zdziwieniu aresztanta weszli do gospody. Spora sala pełna była ludzi. Słychać było wielojęzyczny gwar. Strażnik pokazał Józefowi drzwi w głębi. Przepchnęli się i weszli.

  • Jest – zameldował strażnik dwóm mężczyznom, siedzącym przy stole w niewielkiej izbie, wyraźnie przeznaczonej dla lepszych klientów. Jeden z mężczyzn powiedział po węgiersku [co ja tu spolszczam dla waszych oczu]:
  • Dobrze. Możesz iść. – Zaś do Józefa, wskazując miejsce przy stole: – Proszę siadać.
    Józef usiadł. Znał mężczyznę, który go zaprosił. Medweccy bywali nieraz w tych samych, co on domach Kassy, z którego to sławnego miasta dziad Józefa przybył do Muszyny. Skąd ów znajomy pochodził? Czy nie z Pesztu?
    Drugiego z mężczyzn Józef nie znał, choć fizjonomicznie podobny był on do pierwszego. Obaj niewysocy, smagłe twarze, wystające kości policzkowe. Starszy, ów nieznajomy, nieco łysiał. Powiedział krótko do swego kolegi:
  • Młody.
  • Znam węgierski – szybko rzekł Józef. – Napiłbym się – dodał, zdejmując kożuszek i rzucając go na stojącą opodal ławę.
    Obcy popatrywał na Józefa milcząc. Kiwnął głową.
  • A który jest twój rodzinny język? – zapytał.
    Józef pierwszy raz został postawiony wobec takiego dylematu. Otworzył usta, żeby coś szybko odpowiedzieć, ale zaraz uśmiechnął się. Nie patrząc na pytającego, ale na znajomego, którego imię sobie wreszcie przypomniał, rzekł:
  • Ruski, jak całuję Rusinkę. Geza, o co tu chodzi?
    Zanim Geza Polonyi odpowiedział, do izby weszła kobieta z tacą, na której była spora misa gulaszu, trochę podsuszonego sera, kilka pajd chleba i trzy półlitrowe szklanki czerwonego wina.
  • Jedz, a jak zjesz, pogadamy – powiedział Geza. – Wino jest, to i rozmowa będzie.
    Józef chętnie przystał na tę kolejność. Gdy jednak już parę łyżek zaczerpnął, a i płynu nieco ubyło, odchylił się w krześle i patrząc pomiędzy głowami Węgrów rzekł:
  • Właściwie to dobre pytanie. Chociaż dosyć osobiste, prawda?
  • Taki osobisty czas – powiedział nieznajomy. Sączył wino, przegryzając kawałkiem sera. Teraz Józef spostrzegł, że na oparciu swego krzesła człowiek ten powiesił szablę, rekwizyt nieczęsto zabierany do gospody. To przywiodło na myśl Józefowi możliwą odpowiedź.
  • Węgierski jest jak szabla, a język polski jak pochwa. A może odwrotnie? – I pociągnął łyk wina.
    Geza zapytał szybko:
  • A niemiecki?
    Józef pochylił się ku mężczyznom. Na czym chcą go pochwycić? pomyślał. I dlaczego?
  • Staram się odpowiadać w języku tego, kto mnie pyta. Ale uprzedzam: z łaciną miałem w szkole kłopoty. Tyle że Rzymian coraz mniej, wszędzie kupcy i urzędnicy. No i policje.
    Geza wydawał się zadowolony z odpowiedzi, po twarzy drugiego rozmówcy bodaj przemknął cień uśmiechu. Powiedział:
  • Słyszałem, że i przemytników nie brakuje.
  • Na tym to ja się nie znam – rzekł Józef. – Ale jak jest policja i wojsko, to naród musi dać im jakieś zatrudnienie. Inaczej zardzewieliby w koszarach, prawda? – Czuł, że wino, a i gulasz rozgrzały go od środka.
  • Ale przemytnik jest buntownikiem przeciwko Najjaśniejszemu Cesarzowi – powiedział nieznajomy. –Może łatwiejszym do zniesienia niż ci z Krakowa, ale jednak…
  • Tu są góry. – Józef wykorzystał chwilę ciszy. – Geza, przedstaw mnie swojemu koledze, bo tak rozmawiamy przy winie, które nawiasem mówiąc już się skończyło, a nie mam zaszczytu znać.
    Geza spojrzał na swego towarzysza. Widocznie porozumieli się bez słów, bo odparł:
  • Słuchaj, tu jest na górze pokoik, dziewczyna cię zaprowadzi. Załatwiliśmy wszystko z komendantem, tylko nie uciekaj. Wyśpij się lepiej niż w areszcie. Jutro też jest dzień. Spotkamy się przy śniadaniu w tej izbie.

Cały problem w tym, że nie wiem, co w mej relacji zostawić, a co wyrzucić. Jeśli ktokolwiek będzie te pisanie czytał, sam osądzi, czy zbyt sobie nie pochlebiłem. Ale nie będę się tym martwił, bo jak bym zaczął rozmyślać, nadeszłoby lato. Czuję jednak, że powinienem przedstawić miejsce, w którym czynię swoje zapiski. Spróbuję jutro, nowe pióro zaostrzywszy.

dowolnego dnia mej samotności – fragment, który może usunę. Lub nie
W sieni krótko szczeka pies. Ocieram oczy ze snu. Wpuszczam sukę do sionki w chłodniejsze noce. Jeśli na polu temperatura spada jeszcze bardziej albo wiatr napędza mrozu, pozwalam jej sypiać w jedynym z sobą pokoju, gdzie pies podnosi ciepłotę, grzejąc sobą powietrze. Dzięki temu woda w garnuszku nie zamarza. Zima będzie sroga.
Za gimnastykę służą mi szybkie ruchy przy wygasłym palenisku. Smolne trzaski chwytają ogień. Wracać do łóżka? To niewiele da. Suka macha ogonem przy drzwiach. Wychodzimy na pole.
Dwuizbowy domek znajduje się na końcu wsi, jeśli za koniec przyjmować najdalsze od cerkwi, a schodzące ku Popradowi terytorium. Dalej już tylko leśna droga, używana przez ściągających drewno Łemków dla puszczenia go Popradem ku Hanuszowu. Chodzą tą drogą rybacy, myśliwi oraz kłusownicy, chadzają też Słowacy w poszukiwaniu zatrudnienia czy choćby dla spotkania żywej duszy, innej niż widywane co dzień gęby. Mogą przejść Poprad zimą po lodzie, latem przez jeden z dwu nieodległych brodów.
Stryj Karol, mieszkając jak cała rodzina Medweckich w Muszynie, kazał domek postawić dla korzystania zeń czasem, gdy po zlustrowaniu postępu prac w obu wsiach, w małej Wirchimce i większej Werchowni, widział, że stawało się zbyt późno, żeby wracać przez dolinę Szczawnika do miasta, do żony i trójki dzieci, czwarte naówczas w drodze.

Mógłby korzystać z gościny grekokatolickiego księdza, którego dom stał nieopodal cerkwi, ale – jak sam mi wyznał – podobała mu się żona księdza, piękna urodą niektórych Łemkiń, gdzie splatały się geny na poły mitycznych Białych Chorwatów z tymi rozsianymi od Macedonii przez łuk Karpat do laszej ziemi. I ja dostrzegam, że jest w niej jakaś egzotyka, jakaś szlachetność starożytnych rodów, zapomnianych i rozproszonych sprzymierzeńców Troi.
Ale dość o Stryju i jego nade mną opiece.
Poranek nie jest zbyt mroźny, jesienne słońce liże szczyty drzew, za godzinę zejdzie w dół zbocza. Nastanie krótki dzień.
Wracam do chaty i wychodzę znów, by rzucić suce kawałek przywędzonego baraniego mięsa. Zaczyna je szarpać. Ja sam jeszcze nie czuję głodu. Może lekkie oszołomienie. Inez, która już uporała się ze śniadaniem, skacze, wzbijając kurzawę.

dziś – dokończenie

Pamiętam ze szkoły, z nauki Homera, że taka przerwa w opowieści to retardacja. Trochę przywodzi na myśl rejteradę, czy nie? Więc do powieści.

nadal marzec 1846

Nic o nadchodzącym dniu nie wiedział Józef, budząc się w izdebce z zimna. Dziewka karczmarza we śnie ściągnęła na siebie niemal całą pierzynę, a zarazem wypychała Józefa zadem na brzeg łóżka. Właśnie purknęła solidnie, co już zupełnie otrzeźwiło młodego mężczyznę. Sama też pachniała bardziej owczarnią, trochę kuchnią. Może nie fiołki, ale szło od niej domowe ciepło. Romantyzm przesilał się ku nowym czasom.

Józef chwilę rozważał, czy do porannych ćwiczeń budzić dziewkę, ale gdy już wysikał się do szczęśliwie znalezionego pod łóżkiem naczynia [nie zbyt wiele angielskiego w tym pióra?], chęć mu odeszła. Klepnął ją też po pupie, a potem leniwie patrzył, jak zgarnia szmatki i wybiega z izby.

Nie miał czym zapłacić ani jej, ani za śniadanie, bo pieniądze, zresztą niewielkie, zostały w ratuszu. Jednak gdy zszedł do izby karczemnej, szynkarz wskazał mu miejsce, podał gar herbaty i zaczął przygotowywać posiłek. Nie minęło i pół godziny, gdy Józef już był najedzony i niemal zastanawiał się, co robić, ale właśnie dołączyli do niego wczorajsi dobrodzieje. Teraz oni wzięli się do śniadania. Zaproponowali Józefowi piwo.

  • Dzięki, to za wcześnie. Herbaty – zawołał do dziewczyny, którą poznał w nocy biblijnie, a która z leniwym uśmiechem pojawiła się w izbie przy codziennych obowiązkach i zmywała stoły po wczorajszym użytku.
    Jedli i podjęli niegłośną rozmowę.
  • Znamy twoją rodzinę – zaczął Polonyi. – Dobra krew.
  • Czerwona – odpowiedział trochę zaczepnie Józef i dalej pił.
  • Teraz już każda czerwona. Twoja, moja i cesarska – powiedział drugi z Węgrów. – Czasy są paskudnie demokratyczne – dodał sentencjonalnie. – Wasi chłopi też się o tym dowiedzieli.
  • Wasi, nasi… już i kuruce dawniej tego zaznali, i zadunajscy chłopi. Dawno temu.
  • Przed Mohaczem inaczej bywało.
  • Tak, przed Mohaczem. Ale to dziesięć pokoleń wstecz. Albo więcej. Inny świat.
  • Sobieski pod Parkanami nie pomógł ani wam, ani nam. Chociaż on u was prawie święty.
  • U nas, Polaków, mówisz? A kim sam jesteś? – nie wytrzymał Józef.
    Zamiast nieznajomego zabrał głos Geza.
  • Czy nazwisko Zrinyi coś ci mówi?
  • Słyszę jakieś echo.
  • Niech to będzie głos przyjaciela, który cię wyciągnął z cyrkułu. Nie podniesiemy się inaczej, jak tylko razem. Masz dwadzieścia lat, możesz to oglądać niebawem.
  • Ojciec śle mnie na studia, pewnie do Wiednia. Może pojmę córkę bankiera.
  • Przekonamy go, żebyś pojechał do Pesztu. Węgierki ładniejsze.
  • Ale banki mniej bogate.
  • Twój ród węgierski.
  • Aha. Ongi może węgierski, poza tym tutejszy, a ostatnio polski.
  • Za każdym razem niewolny. Kim jesteś w Galicji? Mieszczaninem?
    Na to Józef już nic nie odrzekł. Niewiele poświęcał uwagi tym sprawom. Tu i tam byli żołnierze i handlarze, mężczyźni i kobiety.

dziś (to znaczy w kolejnym dniu, kiedy piszę. To dziś się zmienia co dnia!)

Pisanie dłuższych opowieści jest jednak trochę nużące. Krótko więc tylko wspomnę, że spotkanie było owocne, a pestki z tego owocu wydłubane właśnie zbieram, ukrywając się w chałupie Stryja Karola. Ponieważ jednak sam jestem ciekaw, czy potrafię gawędę doprowadzić do końca, więc przejdę do rozmowy w Muszynie po moim powrocie. Powiem rzecz nieprzyjemną: pierwszymi słowami, usłyszanymi od urzędnika, który mnie zwalniał z aresztu, okazał się żart, że powstanie krakowskie „było to jedyne powstanie w Polsce, gdzie nie zginął ani jeden Moskal, Żyd czy Niemiec.” Z tym żartem jak zadrą w sercu pojawiłem się na domowym posłuchaniu.

koniec marca 1846

Uwolnienie Józefa zanim jeszcze rodzina zdążyła interweniować niepokoiło wszystkich jako niezrozumiały postępek władzy. Ojciec i stryjowie domagali się wyjaśnień. Doszło do nich w parę dni po powrocie młodzieńca z węgierskiego aresztu.

Na kolację do domu Ignacego Medweckiego zeszli się bracia: Karol i Alojzy. Po posiłku matka Józefa, Anna, zabrała resztę rodziny i zostali we czwórkę. Młody czuł się trochę jak przed sądem, ale zadowolenie z tego, że uwolnił się bez pomocy ojca, dodawało mu nieco pewności siebie.[tak było, daję słowo!] Zaczął Ignacy.

  • Mów. Dlaczego cię wzięli, a potem puścili.
  • Nie mieli nic na mnie przecież.
    Alojzy, który jeszcze kończył dojadać baraninę, odłożył spokojnie sztućce.
  • Zanim wróciłeś, i ja się dowiedziałem swego. Wychodzi na to, że nie gonili zbyt usilnie za całą grupą. Mogliby się przyłożyć. Dwu tylko prócz ciebie schwytali, a i to dziwnym trafem żadnej kontrabandy przy nich nie znaleziono.
  • Bywa i tak, że pakunki giną, jeśli są co warte – rzekł Karol.
  • Pewnie i tym razem tak się stało, ale dlaczego zatrzymali smarkacza, który niczego przy sobie nie miał?
  • Opowiadaj – rzekł Alojzy.
    Józef zaczął tedy relację z rozmów z dwoma wybawicielami. Pominął dyskretnie dziewuchę rozumiejąc, że nie o nią pytają. Im bardziej się zagłębiał w swą opowieść, tym jawniejsze się stawało, iż cała rzecz była przez Węgrów przemyślana.
  • Nie mam pojęcia, kim jest ten drugi. Przecież nie nazywa się chyba Zrinyi.
  • Chyba nie. Spróbuj go opisać.
    Ale i to nie spowodowało rozpoznania osoby. Ignacy powiedział:
  • Skoro się raz ujawnił, zrobi to i ponownie. Jeszcze coś się zdarzyło?
  • Niewiele. Pytali o dziada Jonasza, o to, komu przypadły dobra na Orawie. Ciekawe, że o Kassę nie pytali.
  • Bo to bliżej. Chcieli czego od ciebie?
  • Na ten raz nie. Ale mówili dobrze o Polakach. Mówili, że gdyby nie byli Węgrami, to tylko Polakami. Jakby chcieli mnie pochwalić i za węgierską, i polską krew. No i namawiali na studia w Peszcie.
  • Tak? A to czemu? Ja myślę dla ciebie o Wiedniu.
    Tu wtrącił się znów Karol.
  • A co byś powiedział na uniwersytet we Wrocławiu? Dobrze o nim słychać. I krewniaków tam mamy pożenionych, a w Wiedniu czy Peszcie chłopak znajdzie się we wrzątku polityki.
  • Trzeba by się zwrócić o rekomendację do Ojca Antoniewicza. To da się zrobić.
  • Posłuchamy jego opinii. Alojzy, coś jesteś milczący. Martwisz się? – zapytał Karol, napełniając braciom puste już kielichy. Upili nieco. Do pokoju wsunęła się cicho Anna, matka Józefa. Usiadła na uboczu.
    Alojzy umoczył usta w węgrzynie.
  • A co tam… niech twój syn zacznie myśleć szerzej. – Tu zwrócił się do młodego. – Rzecz wygląda tak, że każdy z nas trochę inaczej patrzy na cesarstwo. Twój ojciec jest już chyba całkowitym Polakiem. Zresztą my także do tej nacji zmierzamy, ale każdy na swój sposób. Twój tu obecny stryj Karol czuje się nadal Węgrem, no, pół na pół. Gdyby mógł, już by zakładał przymierze przeciw Austriakom… gdyby nie rosyjski car, który wisi i nad Lwowem, i nad Stambułem. Co, Karol?
    Brat wzruszył ramionami.
  • Węgrem może bym i pozostał, gdyby nie węgierska głupota. Po jakiego czorta walczyli z Napoleonem? Co im przyszło z tego, że dostali baty pod Györ? Polacy przynajmniej wiedzieli, co wtedy robić.
  • Wiedzieli czy nie, na długo im to nie pomogło. Każda nacja ma swoje wstydliwe zakątki, gdzie gromadzą się zakrwawione szmaty. Ale masz rację: stracona okazja niechętnie wraca – i kontynuował, zwracając się znów do Józefa – A znowu w moim przekonaniu normalny świat kończy się wraz z zamianą łaciny na niemiecki czy węgierski. Łacina nikogo nie stawia ponad innymi. A ja, może za sprawą tego, że ceł pilnuję, że każdego liczyć bym wolał jednakowo, więcej rozmyślam o narodach słowiańskich. O swobodzie Czechów, Serbów, Polaków… kto wie, może też o Słowakach… A to już niebezpieczne z każdej strony.
  • Jakież to niebezpieczeństwo? – dociekał Józef – Jeśli by się wszyscy zgodzili na wspólny język, gdyby się wzięli…
  • Najpierw że się nie wezmą. Potem że się pokłócą. Ani Węgier na wolną Słowację nie pozwoli, ani car na Polskę. Austryjak też nie odda Siedmiogrodu, a Chorwat z Serbem… i mówić szkoda. Ot, masz.
  • Chłop przeciw dworom, szlachta przeciw magnatom, demokraci przeciw monarchistom, kalwini przeciw katolikom – dodał Ignacy. – Szalony świat. No, dosyć na tym. Następnej flaszki już nie otwieramy.
    Wstał i wtedy odezwała się milcząca dotąd Anna.
  • Tyle mówicie o narodach, jakby to o nie szło. Przesuwają miedze, a zboże rośnie tak samo po obu stronach. Idźcie spać.
    Więc dopili wina i zaczęli się żegnać.

dziś

Powinienem jednak napisać coś o moich przodkach. Dziad Jonasz był właścicielem dóbr Mała Bystrzyca na Orawie, ale że nie przynosiły dochodu należnego, a on sam nie miał serca do roli, więc został urzędnikiem kameralnym w Kassach, a następnie w Muszynie. Spośród jego synów to Alojzy przejął od Dziada tytuł na cesarskim urzędzie, aż i urząd zniesiono. Zaś inny z synów, Ignacy (mój Ojciec), został jak to się zwyczajnie mawia, łaziebnikiem, czyli zarządcą zdroju. Ożeniony był z moją Matką, Anną Sowińską, z czego poszło dziesięcioro dzieci, wśród nich ja, na ten czas pisarz nieurzędowy. Imion swoich dzieci Ojciec nie pamięta, bo zaprzątniętą ma głowę czym innym: zajmuje się dociekaniem pożytku ze źródeł wody mineralnej i zamierza stworzyć konkurencję dla znanych wód węgierskich. Liczę, że mu się to nie uda, bo nie rozumiem, po co tak się przywiązywać do jednego miejsca, i w dodatku świeżego. Szeroki świat nęci.

Ale ojciec myśli inaczej. Żywioł wody go pociąga jak owa świtezianka strzelca z boru. Dlatego i ja ballady, a wśród nich „Powrót Taty” deklamować umiałem już jako malec, aż i przemytnikiem-zbójcą ostałem.

na przykład rok 1846, początek…

Ignacy martwił się o stan umysłów w Galicji. Rozpoczynał dzieło swojego życia, a tu nie mógł być pewny ani zachowania się chłopów, ani przyjazdu wkrótce kuracjuszy. Wkrótce… kiedy to będzie? Może w czterdziestym ósmym? Tak, chyba na tę datę zdąży z budowami.

Wiedział już, wiedzieli wszyscy, że wracający z wojaży europejskich car rozmawiał z Metternichem. Nikogo z myślących nie zdziwiła więc łatwość, z jaką Austryjacy zagarnęli Kraków. Musieli mieć zgodę cara, może nawet jego ponaglenie. Równocześnie nędza galicyjska, zeszłoroczna powódź i zaraza ziemniaka skłaniała chłopów na północ i wschód od Dunajca do wystąpienia przeciwko „panom”, a dokładniej mówiąc – mieszkańcom dworów. Baśnie też Ignacy Medwecki słyszał rozmaite: a to, że „panowie chcą zniszczyć lud”, a to, że „na pomoc im spieszą nie tylko Francuzy, ale i Hangliki na balonach” – nie było takiej bzdury, jakiej by nie potrafił tłum usłyszeć, przekazać dalej i za swoją niemylną prawdę przyjąć. Że zarazem był to tłum z galicyjskich nizin i pogórza, wyniszczony fizycznie i niespieszny w przyjmowaniu nowinek, Ignacy wiedział. I „panowie” nieistniejącego państwa polskiego mieli w tym udział decydujący.

Zorientował się, że zmarzł stojąc nieopodal źródła, z niewidzącym wzrokiem wbitym w ścianę lasu. Brać się za to? Wiedział, że spróbuje. Oby tylko dało się budować.

Co jednak z Józefem? Pewnie go Alojzy wyciągnie z biedy, ale młodzika energia roznosi. Do spokojnej pracy tu, na miejscu, się nie nada. Tylko by wprowadzał zamęt. Studia, ot! A najlepiej medyczne, w Wiedniu. Potem praktyka w Bártfie czy jak mówi lud w Bardiowie, gdzie już od z góra pół wieku leczy się wodami zarówno kiszki, jak niepłodność.
Niech tylko wróci, trzeba będzie coś postanowić.

…albo 1847, rok później…

Ignacy Medwecki z geometrą i kilkunastoma chłopami, choć wszędzie leżały jeszcze płaty śniegu, wyznaczał miejsce pod pierwszą willę, zaplanowaną zmyślnie w wąwozie, spadającym ku brzegom Popradu. Będzie to zakład zdrojowy, przede wszystkim z powodu odkrytych niedawno wód leczniczych, a także dlatego, że aby dojść tu od wygodnej drogi, trzeba stracić sadło, wyhodowane na urzędach czy w domach handlowych Krakowa, Tarnowa albo Kassy. Za to woda o najlepszym smaku, za to powietrze najczystsze, za to sery i mleko, niesione przez Łemków ze wsi Żegiestów, odległej o dwa kilometry, wyborne. Resztę dostarczy się – powoli, powoli – z Muszyny, a trzeba też spenetrować, czy nie prościej będzie wozić węgierską stroną Popradu, przez bród na rzece i ścieżką w górę ku zdrojowi. Ale to już na końskim grzbiecie, bo wóz nie pokona stromizny. Drogę by wytyczyć jak to tylko Rusini umieją, niestromą…

Medwecki miał – można powiedzieć – szczęście. Głód bowiem panował tak wielki tej zimy, że słyszało się już po wsiach o zabijaniu i jedzeniu dzieci, a jeśli nawet były to przypadki nad Popradem odosobnione, przecież w przekazach urastały do zjawiska powszechnego. Zaś głód dotykał wszystkich, żyjących z pracy rąk. Toteż Ignacy mógł płacić za wielogodzinną dniówkę nawet nie pieniędzmi, lecz pożywieniem. Pozyskiwane przezeń z Wołynia tanio, nabierało wartości w Galicji.

Nie zamierzał oczywiście w marcu, przy pełnej zimie kopać fundamentów. Jednak teren wytyczyć trzeba, naznaczyć w lesie drogi dojazdu, ujęcia wody, nieco dalej stajnie, domki obsługi. Póki mróz nie całkiem odpuści, wyciąć drzewa, przygotować do prac ciesielskich. Ani się obejrzysz, nadejdzie wiosna.

Kiedy da się kopać, ruszymy pełną parą, pomyślał. I nasunęła mu się wizja pociągu, który by wiózł do Zdroju wypasionych kuracjuszy. Niemal usłyszał gwizd lokomotywy.

Wszystko zdawało się możliwe.

dziś

Tak sobie myślę o Ojcu i tak imaginuję jego postać, a dodam, że przed pół rokiem wydał on w Krakowie i razem w Sączu książkę (mam ją tutaj), której dał tytuł „Uwiadomienie o wodzie mineralnej żegiestowskiej”. Jesteśmy więc obydwaj z Ojcem pisarzami, chociaż nie poetami (czego nie żałuję). Znowu Stryj Karol powiedział mi, że „Mieszaniny obyczajowe”, dowcipu pełne pisanie Imć Jarosza Bejły, wyszło podobno spod pióra magnata (czy magnaci pisują lepiej niż drobna szlachta? „Manuscrit…” Jana Potockiego mógłby na to wskazywać. Pyszne francuskie dzieło). Tych rzadkich książek tutaj nie mam, ale Stryj Karol, który każdy chyba gulden, nie wydany na prezenty dla żony, przeznacza na sprowadzanie książek, stanowi dla mnie źródło pod każdym względem nieocenione.
Stryj Alojzy dał mi wtedy do myślenia. To było jak… jak niewiadomy nurt rzeki. Trzej bracia, jedno wychowanie, a efekt niewiadomy. To mnie zachwyca nie mniej niż ścieżki przemytnicze, że bracia mogą tak się różnić w poglądach. Kontrabanda projektów. Jaka jest moja rola?
Czy śrut, wystrzelony z lufy, wie, dokąd leci? Czy krew na ostrzu obsycha?

wiosna 1847

Józef, któremu jakoś udało się uniknąć na razie wysłania na studia, przebywał na Wielkanoc u Jerzego Bułharyna w Hrabovej Roztoce, w górach Wyhorlatu, pasma górskiego, za którym już leżało zwalisko Karpat Wschodnich, rejon huculski. Policja tak w Eperjes, jak i w tutejszej metropolii, w Kassie, mająca Bułharyna od dawna na oku, wiedziała też o przyjeździe młodego Medweckiego, ale a przypisywała jego pobyt poszukiwaniom szlaków przemytniczych innych niż już spenetrowane. Była to wygodna maska, przemytnicy są bowiem stałym elementem pejzażu, ściągając do bezpiecznej, bo niepolitycznej roboty niespokojne duchy. Są tego pejzażu niezbędnym elementem pejzażu.

Tymczasem Józef poznawał swego gospodarza i okolicę, a z kolei sam napomykał tyle, co wiedział, zatem niewiele, o projektach, które na razie zdawały się odległe, ale zakrojone na znacznie szerszą skalę niż marionetkowe powstanie krakowskie. Sam Józef miał przyzwolenie na podanie Bułharynowi jednego tylko nazwiska: Gezy Polonyi’ego. Czas, miejsce – nie były znane, co by to być miało – także nie. Z drugiej, polskiej strony mógł się Józef powoływać, chociaż bez listów i rekomendacji, na daleką aprobatę ks. Adama Czartoryskiego dla podjęcia akcji właśnie wtedy, gdy sprzyjać będzie koniunktura międzynarodowa. To jednak i sam Bułharyn, mocno rozczarowany zeszłoroczną stratą energii narodowej, już wyrozumował lub swymi drogami poznał.

Sobota Kwietna przypadała tego roku na koniec marca. Nie tylko jednak szafran i przebiśnieg pojawiły się pomiędzy płatami śniegu a nawet na nich, nie tylko zakwitła leszczyna i wawrzynek wilczełyko, ale nadeszły wieści o tyfusie. Odnotowano też przypadki cholery, rozszerzającej się z Krakowa na południe. Komornicy porzucali domostwa, z nędzarzy osiadłych stając się nędzarzami wędrownymi. Niektórzy mówili, że to kara za rozlew krwi zeszłoroczny. Taka diagnoza jednak nie poprawiała ani zdrowia, ani nastrojów. Więcej dałby wór kartofli, ale ich znowu znikąd nie było.
Józef trochę wędrował po górach, co czynił dla zabicia czasu, a także by oddychać kryształowym powietrzem w kraju, zapomnianym przez Boga powszechnego, raczej pozostawionym lokalnym bóstwom, nielicznym pasterzom i drwalom. Wracał potem na rozmowy z Bułharynem przy wieczornym stole, oświetlanym lampami olejowymi. Pokój tonął w półmroku, stosownym do poufnego tematu tych rozmów.

Kreślili najdogodniejsze szlaki, którymi by mogła polska młodzież z trzech zaborów przedostawać się na Węgry, a potem… może, może… armia przenieść sztandary do Galicji.

Dziwne były te rozmowy, prowadzone w języku polskim, w głębi gór, zamieszkanych przez ludność rusińską, sąsiadującą nieopodal ze Słowakami, uczoną w nielicznych szkołach węgierskiego, do której z rzadka cesarz słał odezwy w języku niemieckim. Podobnie przecież było na wschodnich i południowych granicach Węgier. Łacina przestała być lepiszczem, a języki narodowe wrzeszczały przeciw sobie. I pewnie długo będą wrzeszczeć.
Nie mniej sporów rodziło pogranicze katolicko-kalwińskie w rdzennych Węgrzech, prawosławne w ich serbskiej dziedzinie, unickie – i znowu prawosławne – w Siedmiogrodzie i zresztą w niemal całych Karpatach.

23 kwietnia 1847, piątek

  • Dokąd to, panie, jedziecie? – Pytającym był człowiek, z nagła napotkany w okolicy wsi Grab, w drodze powrotnej, już po przekroczeniu grani Beskidu.
  • Na takie pytania, ktokolwiek je zadawał, Józef zawsze miał jedną z odpowiedzi, zależną od czasu i miejsca. Tym razem rzekł, nie zsiadając z krępego konia, którego dostał od Bułharyna:
  • Szukam obozu konfederatów. Podobno można jeszcze znaleźć jakieś pamiątki. Może pokażecie, gdzie to było?
  • E, panie, ile to lat! Mój dziad był dzieckiem, a jemu się pomarło…ho, ho… Tu już niczego nie najdzie, chyba żeby kopał po lesie. Ale gdzie kopać, nie wiadomo. Ot, poczekajcie do nocy jutrzejszej, może was kwiat paproci zaprowadzi.
    Józef się roześmiał.
  • Dobrze radzicie. Poczekałbym, ale muszę do towarzyszy. – Jechał sam, jednak lepiej było wspomnieć, że inni są niedaleko. Złe nie śpi. – To gdzie był ten obóz, wiecie?
  • A za tą górką. – Człowiek wskazał ku zachodowi. – Ale trzeba dobrze patrzeć, żeby okop naleźć. Mogę was podprowadzić.
  • A po drodze wam będzie?
  • Idę po drwa. – Obcy położył rękę na obuszku siekiery za pasem. – Mogę i w tamtą stronę. Tylko zejdźcie z konika, bo tam gąszcz.

dziś

Gdyby kto czytał te zapiski, powiem tylko, że napotkanych nie należy od razu słuchać. Do tej pory nie wiem, czy obcy był łasy tylko na mojego konia i kożuszek oraz buty, czy może kazano mu poszukiwać takich jak ja emisariuszy, a on już po swojemu sprawę dokończyć zamierzył.

Z zarośli wyszedłem sam, nawet nie draśnięty, trochę tylko kulałem, bom się potknął na koniec. Skoro bezwiednie, samym czuciem, podejrzewałem niecnotę, reszta dla młodego nie była taka trudna. Udałem, że się odwracam od niego, a gdy się zamachnął toporkiem, odsunąłem się o krok. Że schodziliśmy w dół jaru, stracił równowagę. Ot i tyle.

Dziś myślę, że także pomogła mi wiedza o tym, jak poczynali sobie chłopi z panami w czas rabacji. Skrupuły przykryłem gałęziami, obciążyłem kamieniami. I tak lisy wkrótce rozwłóczą, bo nie zrobiłem pochówku starannie, a i pacierza nie zmówiłem, krzyżem wzgórka nie naznaczyłem.
Do końca dnia kluczyłem bacząc, czy ktoś nie idzie po śladach mego konika. Siekierkę uznałem za zdobycz wojenną.
Muszę napisać coś jeszcze.

Wszystko to, cały mój postępek był tak prosty jak sięganie rośliny gałęziami ku słońcu, korzeniami ku wodzie. Dopiero po chwili poczułem zmęczenie, jakbym się spracował. I phallus mi się zawinął, wilgotny. Chciało mi się spać.

24 kwietnia, sobota

Józef penetrował okolicę patrząc, czy teren się nada w przyszłości dla przejścia grupy ludzi, czy da się iść w ukryciu. Obniżenie Beskidu było tu spore, mogłoby przemaszerować i wojsko z armatami. Józef zobaczył w wyobraźni taki przemarsz… może już wkrótce? Tylko barwy mundurów nie mógł w swym widzeniu rozpoznać. Poszedł, kierując się na północ i wschód.

Wkrótce dojechał do bitego traktu, który zaprowadził go do wsi Gładysziw, liczącej ze sto chat, w połowie skupionych przy drodze, w połowie rozrzuconych po okolicy. Psy naszczekiwały leniwie.

Powinien był jechać dalej, ale naszło go zmęczenie, jakaś gorączka ciała i myśli. Objechał wiec tylko wieś i wybrał jedną z chat, stojących na uboczu, w dolince. Kiedy zbliżył się ku niej, upewnił się, że innych zabudowań z dolinki nie widać. Cisza.

Na odgłos stąpania konia w niskich drzwiach chaty pojawił się starzec lub mężczyzna na starca wyglądający. Spojrzał na zsiadającego i wykonał ruch ręką, którym podróżnika wydawał się zapraszać do wnętrza. I zniknął w sieni.

Józef przywiązał konia do grubej odnogi przekwitłego bzu i chwiejąc się nieco wszedł do chaty.

dziś

Nie będę opisywał dzień po dniu sześciu tygodni, przebytych w ciężkiej chorobie, która wokół uśmierciła więcej ludu niż niejedna z wojen. Ja sam nie byłem w stanie ruszyć się, a Mychał, na którego zagrodę miałem szczęście trafić, ani myślał sprowadzać pomoc. Chyba w ogóle nie oddalał się ze swego domostwa, a tylko dwa razy słyszałem jakąś rozmowę za małym okienkiem, patrzącym z mojego sanatorium-więzienia ku południowej stronie. Wielkie też plany, jakie miałem ja sam, Bułharyn i Geza Polonyi, zostały na razie zaniechane, a potem… potem…

6 maja 1847

  • Mychale, kiedy będę mógł ruszyć? Wyleczę się?
  • Jedna siła leczy, druga przeczy.
  • Sprawy mnie czekają.
    *
  • Ojciec mnie na studia śle.
    Nieokreślony ruch dłonią.
  • Nie wie, gdzie jestem.
  • Pytali o młodego pana.
  • O mnie może? Co powiedziałeś?
    Ten sam senny gest.
    *
  • Gdzie mój koń? Nie słyszę go.
  • Niedaleko.
    *
  • Mychał, ty jesteś Rusin, tak?
  • Mogę być.
  • I cesarski chłop.
  • Co ciężkie, to lekkie.
  • A kim ja jestem?
  • Jeden jest ścieżką, a drugi kamieniem.
  • Jaka to różnica.
  • Ścieżka prowadzi.
    *
  • Przemyślałem to. Chyba nie chcę być głazem. Nie mógłbym być całym człowiekiem? Kiedyś?
  • Na ścieżce cień, pod kamieniem robak.
  • Mychał, skąd do ciebie takie słowa przychodzą?
  • Z wiatru, z ognia…
    *
    Czasem zaczynał rozmowę gospodarz.
  • Wypijcie to, panie. – I podawał jakąś, na pewno gorzką miksturę.
  • Mówiłem ci, żebyś mnie nazywał Józef.
  • Cesarskie imię.
  • Wiesz, że niejeden Józef. Zresztą Mychał też cesarz. Bizantyjski.
  • Gdzie ja, a gdzie cesarz. Wam bliżej.
  • Był też taki patriarcha, dobrze mówię?
  • Wypijcie wszystko, Józefie cesarzu.
  • Tylko dla was, Mychale patriarcho.

dziś

Po miesiącu choroba zaczęła się przesilać. W tydzień później nadal byłem słaby, ale sam karmiłem konia. Nadeszła pełna wiosna. Nie było co jeść, wszyscy staliśmy się lekcy: Mychał, ja, mój koń i pies gospodarza. Mychał robił potrawy z korzonków, z wczesnych kwiatów, zresztą nie wiem, z czego.

Chociaż wychudzony, pies któregoś dnia poszedł za wonią suki. Mnie by to nie przyszło do głowy, nie teraz.

Przebywane trudy zbliżyły nas do siebie. Mychał rozmawiał ze mną więcej, szczerzej. I ja stawałem się inny. Już nie myślałem o zabawie w przemytników. Co dziwniejsze jednak, oddaliła się także ponęta spiskowania przeciw władzy. Trudno to wyjaśnić, bo spiskowali przecież bodaj najuczciwsi wśród Polaków, Węgrów, a nawet Słowaków. Tacy, którym chcesz dorównać, gdyś młody.

Rozmowy były teraz dłuższe.

koniec maja

  • Mychał, wierzysz ty w Boga?
  • A ty wiesz, o co pytasz?
  • Nie widzę, żebyś do cerkwi chodził w niedzielę.
  • No to masz odpowiedź. W chodzenie nie wierzę. Ale w niechodzenie też. Chodzenie dobre może być i niechodzenie. Albo niedobre. Może boję się niedobrego chodzenia?
  • Pięknie tam śpiewacie wy, Rusini.
  • Pięknie tam gracie na organach wy, panowie.
  • Chcesz powiedzieć, że to jeszcze nie wiara? A modlitwa?
  • Każdy ptak śpiewa, każdy strumień szemrze.
  • Nie wykręcasz się czasem tymi gadkami?
  • Ja już całkiem wykręcony, więcej się nie da. Słyszałem różne modlitwy przeciw drugim modlitwom. A ty nie? Jak to idzie: i daj Boże, aby inni ludzie w nasz kościół uwierzyli, a odeszli od swojego boga. Tak się modlą u was? Modlitwa na modlitwę? Woda święcona przeciw wodzie, zawsze.
  • Czekaj, wróć do początku.
  • Do raju? Żyjemy w raju, tylko trochę gorszym. W Beskidzie wąż przegonił archanioła.
  • Jak to? Przecież to ty: archanioł Mychał. Wąż przegonił cię do Gładysziwa?
  • A przegonił, żebyś wiedział. Rosa miecz zjadła, skrzydła zetlały.
  • Masz teraz mnie.
  • To mi się trafiło. Gwiazdo Zaranna, komu dziękować?
    *
  • Już jestem zdrowszy. Może powinienem ruszyć w drogę. W domu czekają.
  • Ano, jak ci będzie czas, pójdziesz.
  • Odprowadzisz mnie kawałek?
  • Pójdziesz sam, poczujesz twoją ścieżkę.
  • Chodziłem nie myśląc, jaka to droga. Niemiecka, węgierska… najlepiej jak do dziewczyny.
  • Oho, to już zdrowy jesteś. Ale droga nie ma narodu.
  • Może to naród ma drogę? Twój naród ma?
  • Kurz na drogach. Słabo widać. Moi lasem chodzą, więcej cienia. Mają owce i kozy, drewno bukowe i swoje pieśni.
  • Jak starożytni Grecy. Tylko ja myślę, że naród ma swoje miejsce, a ty mówisz o drodze.
  • A ci twoi Grecy… mieli miejsce w Bizancjum? I głęboko w Azji, czy tylko w Europie? Jak cię tam uczono w szkole? Byli na Sycylii? A to właśnie droga.
  • Mychał, ty wszystko wiesz. To może mi powiesz, że Medweccy nie są ani Węgrami, ani Polakami, ani żadnym innym narodem, tylko medweckim. Czyli że moja droga medwecka?
  • Nazwij się inaczej, a droga skręci. Chcesz spróbować? I u nas są tacy, co chcieliby Mychała nazwać Ukraińcem.
  • Bo siedzisz na kraju wsi.
  • Takim ukraińcem mogę być.

dziś

Moja choroba trwała ze sześć tygodni. Było mi obojętne, gdzie przebywam. Najpierw gorączka, potem słabość, wreszcie rozmowy z Mychałem spowodowały, że znajdowałem się w przestrzeni, której nie umiałbym nazwać. Niewypełnionej. Na całym cesarstwie spoczywała ogromna pajęczyna, a ja ledwie odczuwałem drgania nitek wiodących do Bułharyna, do stryjów, do pięknej Zohar. Nigdzie mnie nie ciągnęło, może pierwszy raz. Przebywałem w zamknięciu własnego osłabienia, bez krat, kłódek i straży.

Leczył mnie Mychał ziołami, tworzył mnie słowami. Zioło-słowo. Rodzaj gramatyczny niejasny, anielski, ale i czarnoksięski.
Jednego dnia dowiedziałem się, że znów ktoś, pono od Ojca, rozpytywał o mnie. Potem pojechał dalej. Wysłałem przez ścieżki przemytnicze wiadomość do rodziców, by się nie martwili. Ale nie mówiłem, gdzie jestem.

Bo i byłem poza, jak Odyseusz w przygodzie. Poza Grecją, poza Troją. Poza minutą w zaroślach.

No, może nie całkiem. Snuje się z młaki opar. Jaka jest różnica dla świata w tym, że ja żyję, a tamten leży pod gałęziami? Jego resztki. Nie moje. Coś to zmienia? Plus jeden (ja) minus jeden (on), suma zero. W drugą stronę tak samo.

Ten rachunek jakoś obciąża mnie – ale jak? „Nadstaw drugi policzek”. Jak tu nadstawić, jeśli odruch ciała jest przeciwny. Zwierzęca reakcja? ale też chyba ludzka.

Tamci, wyciągani z domów, mordowani przez chłopstwo… jak wtedy z „drugim policzkiem”? Co ma robić chrześcijanin? To niby jasne: pójść na męczeństwo. Za ewangelie, cztery mniej-więcej.

A może w imieniu ginącej klasy panów?

Zaś ten, co przeżyje – kiedy zapomni, że jego ojca piłą rżnęli? Zapomni, bo pamięć ułomna? Bo tak trzeba – dla ojczyzny? dla własnego zbawienia? Dostać siekierą w łeb, paść „bez duszy”, ale właśnie z duszą uratowaną dla chórów niebieskich.

A przecież już widzę, że pamięć o rabacji blednie, że wszystkich porywają nowe dążenia: ojca odkrycie wód, stryja romanse, mnie … wszystko po trosze: studia, Zohar, moja niezgrabna opowieść, nowy poranek i wieczór.

Stryj ma tu kilka książek, z rzadka przywozi nowe. Dzień jest krótki, notuję przy okienku, stosik papieru zabazgranego rośnie. Do pieca dokładam drwa, naniesione do sieni przez Wasyla. Niektóre rozłupuję na drobne zdobyczną siekierką. Trzymam ją, by mi przypominała, że zło może się wydarzyć w sekundzie.

Idzie na pełnię, więc jeśli nie ma chmur, wychodzę z suką po zmroku albo drogą przez grzbiet, na Zubrzyk, albo w górę, wzdłuż potoku, porozmawiać z ludźmi, a choćby i pomilczeć. Jak ciemno, mogę wziąć łuczywo. Inez wtedy wpada w krąg światła i zaraz znika po śladzie, który bez wahania wyczuwa.

Ja patrzę wstecz i widzę tę jedną chwilę. W jaki ciąg tropów ją wpisać? „Przygody nierozważnego młodzieńca”? „Los emisariusza”? A może „walka Postu z Karnawałem”? Lub po prostu w Nic, bo Niczym jest każdy dzień mrówki, psa i człowieka? Czułki, łapy i dłonie wyciągnięte – ku czemu?
Szkoda, że nie ma tu Mychała.

Z tym wszystkim, choć brzmi to okrutnie, śpię dobrze, bez cierpień duszy. Zaś w dzień znowu ciekawi mnie, czy z Zohar byłoby mi lepiej niż w mej samotni. Tę myśl jednak odkładam, bo słychać, że świat wyszedł z formy i nie wiadomo, czy powróci. Po rzezi rodzą się chłopcy, gdzieś daleko jadą barwne pułki, kity kolorowe u czaka… piosenka mających umierać. Może już przyszłego lata?

lipiec 1847

Był dzień zbierania borówek. Zohar zgodziła się wziąć mnie i dwu moich przyjaciół; sama też jechała z paroma mieszczańskimi córkami z Tylicza. Rok był borówczany, dzień pogodny. Na polanie rozpełzliśmy się, by sobie nie chodzić w drogę. Tylko w miejscu, przewidzianym na drugie śniadanie, zostawiliśmy bryczkę i pasące się koniki. Przywiezionych naczyń i potraw pilnował najęty Rusin.

Szedłem obok Zohar i zbierałem borówki do jednego z nią wiaderka. Inez to odbiegała za tropem zwierzyny, to wracała sprawdzić, czy nasze dwuosobowe stadko pozostaje razem i pod jej opieką.

Gdy już nikogo ze zbieraczy nie było widać, całowaliśmy się, a słońce i lekki wiatr osuszały nasze potniejące z emocji skronie. Jakby wąż o nas zapomniał.

dziś

To jest najprzyjemniejsze moje wspomnienie. W tych letnich miesiącach zdarzyły się też sprawy, którymi nie chcę się zajmować, gdyż mniej należą do mojej, bardziej – do pospólnej historii; wreszcie uwiadomili mnie stryjowie, że Austryjacy o mnie rozpytują. Zamiast więc do Breslau na studia, musiałem za radą Stryja udać się na przeczekanie w werchowniańskiej samotni. Może ogarnęłaby mnie tu nuda jak wieloryb Jonasza, gdyby nie to moje pisanie. Przychodzi mi ono z trudem. Są dni, że nie sięgam po pióro, są – gdy skreślam wczoraj nabazgrane dwa zdania.

Nie opuszcza mnie nadzieja, że wokół nabrzmiewają zdarzenia, które pozwolą mi ułożyć plan coś przecież wartego życia. Do końca półwiecza zostały trzy lata. Co przyniesie rok czterdziesty ósmy? Co – kolejne?

Rzeź i zaraza po jednej stronie tego rachunku. Zohar, nadzieja studiów i uczynienia pożytku z tego, czym los mnie obdarował – z drugiej. Ale jest i trzecia strona: pustelnicza.

Cisza i samotność ukazały wczoraj swoją dobrą stronę, gdy spacerowałem sam bez celu i bez Inez, która gdzieś rano pobiegła za swoimi sprawami. Zatrzymałem się na chwilę nie wiedząc, czy przekroczyć potok, czy iść ścieżką nieco w górę zbocza. I wtedy z lasu na brzeg potoku, trzydzieści metrów ode mnie wyszedł nadzwyczajnej urody jeleń. Może osiemnastak regularny?

Wiatr wiał w moją stronę i zwierz nie czuł mej obecności, chociaż rozglądał się uważnie. Powoli wkroczył w wodę, nurt przesadził lekkim skokiem. Gdy już był na drugim brzegu, z lasu wyłoniły się trzy łanie i dwa cielaki. Samiec zaczekał, by przeszły, potem zaczął pić wodę, a łanie w tym czasie spoglądały naokoło.

Nie zdejmowałem strzelby z ramienia. Widok był zbyt piękny, strzał zniszczyłby tę harmonię bezpowrotnie. Potem pomyślałem: a wilki? Śmierć od kłów jest pewnie bardziej okrutna.

Ale śmierć jelenia, może już za dwa-trzy miesiące, jeśli nastąpi, to bez mojego wyroku. I pomyślałem: czy uda się – nie zabijać?

Może dziś przed snem znów pójdę na spacer, gdy tylko zakończę notatki. Inez, której powarkiwanie na kuny mnie dochodzi, jest w połowie swoich lat.

A ja?

Nisko zwiesza się ogromny księżyc, spogląda bladym obliczem.

Spisał Józef, syn Ignacego

Po dwudziestu latach

Znalazłem właśnie swoje zapiski sprzed wielu lat. Czytam i myślę, że to ja-nie-ja. Daleko i blisko. Jest rok 1867. Właśnie Cesarz koronował się na króla Węgier, a ja przypominam sobie mój znikomy udział w tamtych dawnych zdarzeniach, zakończony w sposób, który – widzę to teraz – nie pozostał bez wpływu na moje dalsze życie. Nie będę tu powracał do wątku prywatnego, do żony, dzieci, które rodziły się i niektóre umierały, ani do tego, jak odchodzą kolejno moi stryjowie czy też do relacji z dokonań mego ojca w pobliżu wsi Żegiestów. Pozostaje refleksja ogólniejsza. Instynktowna obrona życia, zakończona zabiciem przeze mnie chłopa koło wsi Grab, zakończyła ową wczesną młodość, która karmi się rojeniami, a nie zważa na to, co naokół. Na moich ze światem rachunkach pojawił się cień, który miał mi towarzyszyć, chyba także wtedy, gdym o zdarzeniu nie pamiętał i gdy zdobyczny toporek ostatecznie gdzieś zaginął.

Wydaje mi się zarówno, że każdy z ludzi kogoś naśladuje, zarazem stawiając opór wszelkim wpływom. Ja zaś znalazłem się po środku trójkąta, na którego wierzchołkach stali: Stryj, Ojciec i Mychał. Każdy inaczej świat wokół siebie formując, inaczej mnie pociągał i niepokoił. Lepiłem co dzień siebie, a i pogranicze mnie lepiło.

Wszystko to razem pozwoliło mi nie ubiegać się o urzędy cesarskie ani ziemskie. Z przykazań, które czasami dochodziły z kościołów, zachowałem „Ojcze nasz”, a najchętniej – gdy śpiewane w cerkwi. Szablę zostawiałem już nawet nie wiszącą malowniczo na kilimie huculskim, ale ukrytą na dnie kufra, gdzie przykrywały ją szuby wilcze w lecie, lekka odzież, przełożona miętą i macierzanką, w zimie. Nie pożądałem kóz ani baranów i nie za często żon moich sąsiadów. A jeślim pożądał, nie miałem chęci opowiadania się o tym komukolwiek, szczególnie odkąd Inez pogrzebałem, rozumiejącą więcej niż ja sam.

Powiem jeszcze, że Jerzy Bułharyn, któregom zdążył i cenić, i polubić, został pułkownikiem w wojnie węgierskiej i po niej do Anglii, jak się dowiedziałem, emigrował. Raz w roku zdarzało mi się myśleć, jak też patrzy na swoje czasy, pełne utrudzenia.
Jeśli żyje.

Od Wydawcy

Tekst, który otrzymaliśmy, podlegał w trakcie prac redakcyjnych częściowemu uwspółcześnieniu zapisu. Zachowaliśmy w pełni chaotyczny nieco tok opowieści, pozostawiliśmy daty, a także – w większości przypadków – składnię. Podobnie czyniliśmy na ogół z nazwami miejsc. Natomiast morfologia i fleksja zostały nieco skorygowane, zachowując jednak – mamy taką nadzieję – urok dawności. Tak na przykład pozostawiamy formę „Austryjacy”, za każdym razem przypominającą Czytelnikowi, że wiele wody upłynęło w Dunaju i niejedno słowo w nim utonęło.

Zapewne łatwo zorientuje się więc Czytelnik, że dewizą naszą nie jest mordercza konsekwencja wydania naukowego, na które odkryty przez nas rękopis nie zasługuje, lecz pewna zamierzona niefrasobliwość. Mamy nadzieję, że Czytelnik nam owo postępowanie wybaczy, przyjmie z ulgą lub zrozumieniem.