Strzała Erosa – Opowieść zamyślona

Rok 1770 był w Galicji niezwykły. Wcześniej Austria bezceremonialnie wzięła sobie starostwo spiskie, nie zwracając sum, pożyczonych cesarzowi przez Jagiełłę. Udało jej się to dzięki zamieszaniu, jakiego na tych ziemiach narobiła patriotycznie i religijnie rozdygotana konfederacja barska.

Ponieważ zajęcie Spisza nie spowodowało żadnej reakcji Warszawy, więc następnego roku Austriacy posunęli się dalej, zajmując tereny od Tatr po Beskid Niski, już po północnej stronie gór. Radca dworu Józef Török zawile, ale na razie skutecznie uzasadnił, że ta ziemia należy od XIII wieku do Węgier, a w konkluzji: do Świętego Cesarstwa, którego Węgry obecnie są częścią. Łgał, jak to zwykle radcy dworu czynią, ale kto miał mu zaprzeczyć? Daleka stolica i właśnie „porywany” przez konfederatów król? Ten sam, co miłość własną – czy ojczyzny, co powinno królom wychodzić na jedno – ulokował między udami Katarzyny?

Austriacy nakazali odśpiewanie po kościołach Te Deum laudamus, a w miasteczkach zalecili urządzenie festynów ludowych, którym towarzyszyła zamiana białego orła polskiego na czarne, dwugłowe ptactwo. Już wtedy, a zwłaszcza gdy przybył w odwiedziny do Galicji cesarz-filozof, Józef Drugi, liczne arystokratki i szlachcianki zabiegały o to, by umilić pobyt dziarskim oficerom oraz prześwietnej władzy. Amor omnia vincit!

Nie każda jednak, a szczególnie mieszczka, mogła się dopchać do samego Cesarza. Pozostawało zadowolić się towarem poślednim. Zaczęli napływać pierwsi Niemcy, Czesi, Węgrzy. Początkowo nie było w czym wybierać, ale czasy jawiły się dynamiczne. Maria Teresa oraz jej syn Józef uważali się za władców „z Bożej łaski”, a ta łaska właśnie odwróciła się od Polaków, także w muszyńskich dobrach biskupich, na które powinna była przecież spływać obficie. No i łaska na tym etapie dziejów mówiła z francuska po niemiecku, nie całkiem w zgodzie z ulubioną przez Sarmatów łaciną.

I

Poprad bierze swój początek w Tatrach, spływa ku południowi, zerkając na Wiedeń, jednak następnie ucieka ku miastom i wsiom Spisza, mija Starą Lubowlę i zamek Lubomirskich, by nieco dalej znaleźć przesmyk w głównym grzbiecie Karpat i przemknąć się ku północy. Z Lubowli też prowadzi, odbiegając tu od rzeki, stary trakt prosto na północ, ku Nowemu Sączowi. Gdy Poprad czyni spory, na niemal 50 kilometrów, zakręt, droga od Lubowli pnie się ostro ku górze, by następnie osunąć się ku Piwnicznej Szyi.

Cała ta ziemia, im wyżej brnąć od rzeki w górskie doliny, zamieszkała była w cesarskich czasach przez lud karpacki, zwany i zwący się a to Rusnakami, a to znów Rusinami, zresztą rozmaicie. Na owym zdumiewającym łuku Popradu, gdzie jakiś tajemniczy Sprawca skierował rzekę ku dalekiemu Bałtykowi, znajduje się przygraniczne miasteczko Muszyna, znane już Janowi Kochanowskiemu i do dziś chwałę owej konfidencji rozpamiętujące.

Do tego miasteczka przybył jesienią 1770 roku Czech w służbie Marii Teresy, niejaki Potočky, z żoną i trójką dzieci. Potočky był wysłannikiem cesarzowej, mającym zbadać, ile nowych szkół trzeba będzie otworzyć, by każde dziecko wiejskie mogło zaznać dobrodziejstw nauki. Taka zmiana socjalna nie była w smak wielu zacnym Polakom, przywiązanym do swej feudalnej przeszłości, ale że za wysłannikiem stał autorytet wojska cesarskiego, nie mogli odmówić mu wglądu w krainę zbiedniałą, a dodatkowo nękaną tak przez zarazę, jak i przez uganiające się za konfederatami barskimi wojska rosyjskie.

Żona cesarskiego wysłannika, choć matka trojga dzieci, była, trzeba na użytek opowieści wyznać, kobietą młodą i urodziwą. Nie można wykluczyć, że płynęła w niej krew cygańska lub tatarska, bo urodę miała śniadą, kości policzkowe zaznaczone, oczy czarne i wesoło błyszczące, tańczyła też pięknie, ubierała się barwnie. Mąż nie miał dla niej wiele czasu, wędrując to dwukółką, to znów konno – a zawsze w towarzystwie kilku dragonów – po okolicy dzikiej i pięknej, z wsiami poukrywanymi w głębi wąskich dolin. Teren jego powinności sięgał od Czorsztyna z jednej, aż za Wysową z drugiej strony. Było co badać, znikał więc z domu, jaki został mu przydzielony nieopodal muszyńskiego rynku, na cały tydzień, ledwie w niedzielę, a i to nie każdą, pojawiając się z rodziną na porannej mszy.

Czy to właśnie wychodzących z kościoła ujrzał Walenty, młody nauczyciel szkoły muszyńskiej, czy stało się to gdzie indziej i całkiem nieciągnionego losu zrządzeniem, nie ma pewności. Dość, że gdy zobaczył Potočkovą, zakochał się swoją drugą miłością. Drugą, bo pierwsze uczucie uschło w jakiś czas po tym, jak młoda Żydówka, Rachela Szwarcman, zmarła podczas epidemii. Cichą żałobę nosił Walenty niekrótko, niedługo, bo kobiet żyło w miasteczku w owych niespokojnych czasach więcej niż mężczyzn, więc trudno było wzrokiem od nich uciec. Za wzrokiem zaś szły niezawinione spostrzeżenia ubogiego, przecież wielkich nadziei młodzieńca.

Ponieważ wszędzie na uliczkach błoto wysychało tylko przy długiej pogodzie, kobiety musiały unosić nieco kiecki, idąc do kościoła lub przemierzając rynek w innych, sobie wiadomych celach. Wiadomo zaś, że uniesiona ponad kostkę spódnica zachęca diabła, by wniknął w rzecz samą. Walenty diabłem nie był, nadto uczył dzieci miejskie i wiejskie pod czujnym okiem proboszcza, sam zaś młodą źrenicą wiele dojrzeć potrafił. Potočkova utkwiła w jego myślach głębiej niż inne niewiasty.

Ponieważ był nauczycielem, więc miał niejaką wiedzę o tym, po co zjechał tu jej mąż. Chociaż odruchowo żywił niechęć do Austriaków, ten akurat przejaw ich panowania, który sprowadził do Muszyny piękną, rozkwitłą kobietę, pochwalał bez zastrzeżeń. Zdawał też sobie sprawę z tego, choć niewyraźnie, że nadeszły nowe czasy, pojawia się po raz pierwszy jakowaś administracja państwowa, gdzie awans jest zapewniony, byle się ubrać z francuska i po niemiecku rozmawiać. Skoro potrafią Czesi, potrafi i on.

Zapowiedziano, że dwudziestego listopada, we czwartek, duchowieństwo, szlachta i mieszczanie mają złożyć przysięgę wierności cesarzowej, wybierając się w tym celu do Nowego Sącza. Tydzień wcześniej, gdy dość liczni w rynku Żydzi rozpoczynali świętować szabas, Walenty niby to przypadkiem zapukał do drzwi mieszkania, wynajętego Potočkom przez miejską władzę. Otworzyła Ona.

  • Dzień dobry, pani komisarzowa – powiedział na wszelki wypadek Walenty po polsku.- Dzień dobry panu – odparła po czesku z lekkim uśmiechem. Zza jej spódnicy wyglądała główka jednej z pociech.
  • Czy pan mąż w domu? – Jakoś się dogadywali, stosując proste formy zdaniowe.
  • Nie ma go. A wy do męża? – odparła i spojrzała ponad ramieniem gościa, jakby chciała sprawdzić, czy komisarz akurat nie wraca z drogi.
  • No… chyba tak – i zaraz dodał – ale pani taka samotna. Pewnie nudno ciągle z dziećmi.
  • Czy my się jednak znamy?
  • Szanowny małżonek przedstawił mnie zeszłej niedzieli, po mszy. Jestem tu nauczycielem.
  • Ach, tak… Szanowny? Co to znaczy?
    Walenty rozpaczliwie szukał w myślach niemieckiego przymiotnika. Znał kilkadziesiąt słów w tym języku. Trochę za mało. Wreszcie znalazł.
  • Geehrt, szanowny.
  • Aha, geehrt… – przyjęła to obojętnie. – Pan miejscowy? – Wskazała palcem w dół, więc domyślił się, że nie chodzi o to, czy jest mieszczaninem, tylko czy jest stąd. Miał nadzieję, że dobrze odczytał jej słowa.
  • Uchowaj Boże! To znaczy: nie, jestem spod Biecza. Takie miasto niedaleko. Syn szlachecki, choć bez dóbr.
  • Rozmowa zawisła na tym wyznaniu, ale już z głębi izby rozległo się wołanie dziecka. Potočkova rzekła:
  • Nie wiem, czy mogę pana zaprosić do środka. Taki nieoczekiwany gość.
  • Walenty pomyślał o różnych sensach słowa „środek” i zrobiło mu się cieplej.
  • Ale ja chciałem tylko… – zawahał się.
  • No…?
  • Pomyślałem, żeby zaprosić panią na spacer. Pojechalibyśmy gdzieś.
  • Zaprosić? Pozvati?
  • Tak, tak. Pozvati. – Chyba tak, pomyślał.
  • A gdzie tu można jechać?
  • To już według uznania. Do źródełka wody mineralnej. Do jednej kobiety, co wróży z kart…
  • Ale chłodno, zima idzie. A tu nie Wiedeń.
  • No tak… Wiedeń… – Powiedział to nie bez goryczy. – Pani zna Wiedeń.
  • Zna, nie zna… tak tylko powiedziałam. – Uśmiechnęła się i tym go ujęła ponownie. – Wie pan co, niech pan przyjdzie jutro. Sobota, pewnie mąż wróci. Wypijemy herbatę u nas w domu, poznacie się bliżej.

Walenty nie miał pewności, czy akurat męża chce „pozvati”, ale nie było jak odmówić. Pożegnał się i wrócił spocony do siebie, do domku nad rzeką.

W izbie nic mu się nie podobało. Jak tu ją zaprosić, pomyślał. Szaro.

Rzucił się na łóżko. Po chwili zaczął szperać w papierach na stoliku. Wygrzebał jakąś książkę. Owidiusz, „Tristia”. Zaczął czytać, przypominając sobie szkolną łacinę. Zasnął nim doczytał kartkę. Śniły mu się „Amores”. Był młody.

II

W sobotę wykąpał się w balii uważając, by nie ulec nawykowi wykorzystania dziewki, co mu wodę gorącą z pieca przynosiła i plecy szorowała. Niech sobie myśli, co chce – uznał. Nie zawsze święto.
Poszedł z pustymi rękami, bo niby co miałby przynieść. Butelkę wódki dla męża? Wiązkę słomy? Otworzyła mu drzwi, chyba czekająca, zaróżowiona. Przywitali się.Ale męża jeszcze nie ma – rzekła, wpuszczając gościa do sieni. – To źle?

Walenty nie był zmartwiony.

Może jeszcze dziś wróci?
Nie odpowiedziała. Zdawało mu się, że wzruszyła ramionami. Wskazała, gdzie ma usiąść, usiadła światowo, nieopodal. Izba była mała, świeżo pobielona.

  • Mąż zawsze wraca. Dziś, jutro. Pan nie ma żony?
  • Jestem samotny jak palec.
  • Palec? – Wzięła jego dłoń, odwróciła do góry wnętrzem. Czy to ona będzie mu wróżyć? Wskazała kciuk. – To palec. A to – wskazała następny – prst. A to maliczek. – nadal trzymała jego rękę.
  • Ładnie. – Naprawdę mu się podobało. Dzieci nie było widać. Co robić? I jak to zrobić, co należy?
  • A to – dotknęła ręką jego policzka – twarz. Piekny kluk – dodała, nie wyjaśniając, co to słowo znaczy. Walentemu zdawało się krótkie jak „smark”, ale może miała na myśli to, że jest młody? Uśmiechnął się na wszelki wypadek. Położył dłoń na jej spódnicy, grzecznie, niewysoko. I nic się nie stało. Nie rozdarły się niebiosa, nie wkroczył Posąg Komandora. Tylko ręka, której palce przed chwilą Czeszka nazywała, zawędrowała, kierowana jej drobną dłonią, ku jej gorsetowi. – A to… – zawiesiła głos – prs. A u was – teraz jej dłoń spoczęła na jego koszuli – nadro.

Nie, mąż chyba teraz nie wejdzie, pomyślał, gdy już przeszli podstawowe różnice anatomii. Kochali się tej godziny tylko dwa razy, bo szła też edukacja językowa, przy czym najwięcej było wyrażeń nie żądających słownika: ach, och… Nie wiedział, czy „jeszt’e” znaczy „jeszcze”, czy „jesteś”, bo czasem jakaś głoska więzła w krtani. Czego nie był pewien, tłumaczył sobie na korzyść. Takie podejście ma wiele zalet, pomyślał.

Po chwili wyjaśnień doszli też, co znaczy „milenka”. Nie: „mileńka”, tylko „kochanka”. Albo jedno i drugie. Właśnie tak. Milenka Anitka. Bo miała na imię Anitka.

  • Czeszki lubią Polaków? – zapytał niezbyt mądrze.
  • A czemu nie lubić? Zresztą, nie wiem. Nie znam Polaków. Ciebie lubię, na razie. Ty Polak?
  • Polak. Dlaczego na razie?
  • Bo cię nie znam. A jeśli opowiesz kolegom? Albo już nie przyjdziesz?
  • Przyjdę. Gdzie bym taką znalazł.
  • Taką…?
  • Kobietę. Milenkę. Taką słodką.
  • Polki nie są słodkie?
  • Czy ja wiem? Chyba są. Ale… – Nie chciał Anitce mówić o swojej nie całkiem odeszłej miłości. Polskiej? Żydowskiej? A, czort bierz te podziały! Trudno było także tłumaczyć, że łatwiej mu było zbliżyć się do całkiem tu obcej kobiety niż do którejś ze znajomych niewiast w miasteczku.
  • Ale mężatka bezpieczniejsza?
  • Nie jestem pewny.
  • Mówię ci. Nic ci nie grozi z mojej strony. Chociaż… pysk ci spuchł.
  • Zdziwił się nie na żarty.
  • Pysk? Jak to?
  • No, pysk. – Dotknęła palcem jego dolnej wargi, którą jeszcze niedawno gryzła.

To jest pysk? A to dobre. – roześmiał się. – To jest pysk. – Objął jej twarz obydwiema dłońmi. – Cały pysk. Czoło, i nos, i policzki, i oczy – całował każdą rzecz po kolei. – U nas pysk to twarz.

  • A, oblicze.
  • No właśnie: oblicze, twarz, pysk. A u was pysk to co? Warga? – dotknął jej warg.
  • Warga, warga. Jedna i druga.
  • I trzecia, i czwarta.
  • Oj, nie teraz. Dosyć. Zostawmy coś na jutro. No, puść, idę się ubrać.
    Puścił, i on był syty, lekko opuchnięty. Szczęśliwy? Zadowolony, to na pewno. Trochę dumny. Podszedł do drzwi, nie całkiem domkniętych. Powiedział:
  • Słuchaj, może już pójdę.
  • Idź sobie.
  • Wrócę.
  • Przyjdź jutro.
    Czeszki. Czemu nie, pomyślał, zamykając drzwi od ulicy.

Następnego dnia jednak zobaczył oboje Potočków w kościele, a gdy przy wyjściu ukłonił im się, Anitka zdawała się go nie dostrzegać. Mąż odkłonił mu się za to, jakby rozpoznając. Walenty zorientował się, że placówka chwilowo została zajęta przez formalnego właściciela. Nie będziesz ty tu wiecznie, pomyślał. I poszedł na spacer.

A może przystać do konfederatów? W końcu-m syn szlachecki, pomyślał bez przekonania. Taka to i szlachta, goła. Byle chłop ma więcej.

Więc tylko szedł ostro, ku Leluchowu. Zmęczyć się i spać!

III

Minęły dwa tygodnie zanim nadarzyła się następna okazja. Przez ten czas dzieci w szkółce wydawały się Walentemu nieznośne, ale poza tym życie toczyło się zwyczajnie. Kozacy złapali paru konfederatów, co jednak nie miało wpływu na humory mieszczan, a jeszcze mniej – Rusinów, żyjących po wsiach wokół Muszyny i dalej, w stronę Tylicza. Grupa żołnierzy austriackich kręciła się ospale po muszyńskim rynku, jednak kobiet nie zaczepiali, Polaków też nie byli ciekawi. W karczmie zdarzyła się bójka, ale rodzima.
Dwa tygodnie to dla młodego dużo. Soki już dobrze w Walentym buzowały, gdy nieoczekiwanie do klasy szkolnej zajrzał Potoček.

  • A ja do pana przychodzę – powiedział zamiast powitania. – Żona pana zaprasza jutro na herbatę. No i ja też. Po obiedzie. Wie pan, gdzie? – Nie czekał na odpowiedź. Spojrzał leniwie po klasie i wyszedł. Jego polszczyzna była całkiem dobrej próby.

Walenty był zaskoczony, uradowany, ale i niespokojny. Może to światowe obyczaje, wiedeńskie? Wszystko jedno, nie można stchórzyć.

Następnego dnia Walenty wcześnie puścił dzieci do domu. Uciekały szybko, żeby nauczyciel się nie rozmyślił. On jednak miał co innego na głowie. Jak się zachować? W końcu poszedł do cukierni Ajzyka Rosenbauma i nabył pudełko pralinek. Sama wstążka kosztowała godzinę pracy nauczycielskiej. Ale efekt był doskonały.

Zapukał do drzwi Potočków, mając absurdalną nadzieję, że męża znowu nie będzie. Niestety, otworzył komisarz. Zanim Walenty wykrztusił powitanie, komisarz powiedział:

  • A, to pan. No, wejdź, człowieku. – I poprowadził pocącego się gościa przez sień. Gdy tylko Walenty przekroczył próg, uczepiło się jego nogawki dziecko. Domyślił się, że to pociecha Potočków i uśmiechnął się niepewnie. W innej sytuacji, jak każe nauczycielski zwyczaj, odesłałby czteroletniego smarkacza lekkim kopniakiem w głąb izby, ale tu nie wypadało. Zobaczył tylko, jak na jego najlepszych spodniach w miejscu, gdzie przed chwilą spoczywały ręce chłopca, pojawia się tłusta plama, i już owionął go zapach niewątpliwie świeżo umytej kobiety. Potočkowa stała przed nim.
  • To dla mnie? Dziękuję – dziś nadal mówiła po czesku, nic się przez upłynione dwa tygodnie nie zmieniło. – Ale niech pan siada. Niestety, Josef nas opuszcza. Znowu wyjeżdża.
  • Ano – odrzekł mąż. – Muszę jechać. Taka praca. Pan rozumie? – poklepał Walentego po ramieniu jak zwierzchnik. No, Anitka zajmie się panem. – Ominął bezpiecznym łukiem synka i pocałował żonę w policzek. Potrząsnął na koniec dłonią gościa. – Do zobaczenia za kilka dni.
    Anitka nic nie mówiła. Walentemu zdawało się, że się lekko uśmiecha. Dzieciak zrobił mu drugą plamę na spodniach. Za Josefem trzasnęły drzwi od sieni. Walenty osunął się na pobliski stołek.
    Anitka powiedziała do dziecka:
  • Biegnij do królików. – I wyjaśniła gościowi: – U tych naprzeciwko, zna ich pan? są króliki. Mateusz całymi dniami tam się bawi. A my spokojnie wypijemy herbatę. Miała być herbata, czy tak? A może wody z sokiem? – Mówiąc to, wyprawiała synka za drzwi.
    Walenty nie wszystko zrozumiał, spojrzał przez okno. Malec przebiegł na krótkich nóżkach przez zapyloną drogę, zniknął w zabudowaniach, skąd dobiegło w tym samym momencie szczekanie psa.
    Odwrócił wzrok. Anitka stała w głębi izby, patrząc na niego poważnie. Podszedł do niej i objęli się, ściskając aż do bólu.

IV

Po ostatnim spotkaniu Walenty był jeszcze bardziej zagubiony niż przed nim. Czeszka lgnęła do niego jak żadna inna dotąd dziewczyna, on sam też odczuwał melancholijną radość z niespodziewanego romansu. Jednak zdawał sobie sprawę z tego, że stąpa po kruchym lodzie: jakbyś na początku grudnia próbował ślizgać się na Popradzie.

W dodatku Josef, mąż kochanki, mógł zaważyć na karierze, ba – na egzystencji Walentego. Gdyby się dowiedział… A może już wie?

Te wątpliwości jednak tłumiła twarz Anitki, gdy siadała mu na kolanach. Jej ogromne oczy tuż naprzeciwko jego oczu. Jej wszędobylskie wargi. Jej słodki język. Pachnące włosy… mógłby tak rozpamiętywać godzinami.

Tymczasem nadeszły wieści o rozbiciu przez Rosjan kolejnego oddziałku konfederatów. Austria, oczami swych wojskowych i cywilnych przybyszów, patrzyła na to obojętnie: jeszcze nie osiadła na dobre w Sądeckiem. Cóż, że Rosjanie prawosławni, a Polacy katolicy, zaś konfederaci – nawet arcykatolicy. Dla polityki państwowej nie miało to większego znaczenia. Polska była chorym człowiekiem Europy, a bunt konfederatów przeciwko władzy króla gorączkę tylko podwyższał. I potwierdzał „prawo” trzech sąsiadów do zastosowania działań nadzwyczajnych. Nie mógł przecież upadek Polski zachwiać równowagą czarnych orłów.

Rynek tymi sprawami się interesował mało albo wcale. Błoto wokół studni od tego nie schło, ceny jałówek i kur-niosek nie zmieniały się. Tyle że do gwar Górali, Rusinów i Słowaków dochodziła coraz snadniej niemczyzna i inne języki Imperium.

Kochankowie uciekali z tej wieży babel na wzgórza, pod opadające liście, brodzili w słabnącym słońcu jesieni. Dotykali się. Rozmawiali. Anitka szybciej przyswajała sobie słowa polskie niż Walenty czeskie, a z kolei w tym, co nosi nazwę języka miłości, ona podawała reguły, zaś nauczyciel stawał się pilnym uczniem. Jednak ta wymiana naznaczona była zmierzchem: przyrody, epoki…

  • Jutro wraca Josef. Musisz o mnie zapomnieć.
  • Na długo?
  • Całkiem.
  • Dobrze.
  • Jak to, dobrze? Płacz, porwij mnie, rób coś.
  • Mam płakać? Jak? Po czesku?
  • Po czesku czy po polsku, jak wolisz.
  • Aha, ja będę płakał po czesku, a ty zrób coś po węgiersku.
  • Jak Węgierki to robią?
  • Z oddaniem.
  • Dużo ich miałeś?
  • Szesnaście.
  • Świnia.

Po niedługim czasie, gdy słońce doszło do krawędzi pagórka, Walenty westchnął:

  • O, właśnie tak to robią Węgierki.
  • Jak widzisz, Czeszki podobnie. A wasze góralki?
  • Góralki nie płaczą. Jak chłopa nie ma w domu, to rąbią drwa do pieca.
  • A kiedy się spocą…?
  • To ładnie pachną.
  • Głupiś.

Oboje byli głupi, bo przecież człowiek rodzi się głupi i głupi umiera. Dlaczego z nimi miałoby być inaczej? Chociaż byli młodzi, przecież czuli, że wszystko się skończy zanim opadną igły modrzewi. Tylko jak się skończy, nie wiedzieli. I że będzie to właśnie tego dnia.

Zajęci sobą, nie dostrzegli, że od zagajnika nadjeżdża dwu konnych. Gdy byli już blisko, Walenty, z nagłym poczuciem winy, odskoczył od Anitki. I ona odruchowo wygładziła sukienkę. Zalękniona, odsunęła się od Walentego.

Bliższy z jezdnych wprowadził bezceremonialnie konia między kochanków. Zwierzę odepchnęło ich na boki, rozdzieliło. Walenty nie mógł się domyślić z ubioru, składającego się z różnych zdobycznych elementów, kim są intruzi. Zdesperowani po klęskach konfederaci? Maruderzy z któregoś wojska? Jakieś zbiry, których niemało w tych niespokojnych czasach? A może wynajęci przez męża Anitki egzekutorzy?
Jezdny, jakby niechętnie, kopnął Walentego. Nauczyciel przewrócił się w wyschłe wrzosy. Zad koński groźnie zawisł nad nim. Drugi z jeźdźców tymczasem przesunął się tak, że Anitka znalazła się między końmi. Nie mogła nic zrobić. Napastnicy chwycili ją za ramiona i, unoszącą się ponad wrzosami, zabrali z sobą. Prawie nie krzyczała.

Walenty już swej Czeszki nie zobaczył żywej. Nie widział też i ciała, które po paru dniach odnaleźli nieopodal pasterze. Została pogrzebana; ceremonia była katolicka i oświecona zarazem. Tydzień później po Walentego zgłosili się austriaccy żandarmi. Ponieważ Potočky był urzędnikiem cesarskim, więc Austriacy ani myśleli pozostawiać śledztwa w rękach szlacheckich. Żandarmi zabrali Walentego prosto ze szkółki, zostawiając zdezorientowane, ale na razie zadowolone dzieci bez nadzoru. Śledztwo nie trwało długo. Walenty został skazany i wyrok wykonano, że jednak świadków zdarzenia nijakich nie było, zastosowano wyrok łagodny: przez powieszenie, bez wbijania na pal, łamania kołem i innych środków publicznej rozrywki. Cesarskie sądy dobre. W rok po wykonaniu wyroku zaczęła się rozchodzić plotka, że Walenty był patriotą, informującym konfederatów o ruchach wojsk kozackich i austriackich. Po kilkunastu latach plotka stała się faktem, odnaleziono nawet meldunki, jakie podobno składał, sygnowane NW, co odczytano – kto wie, może słusznie – jako Nauczyciel Walenty. W sto pięćdziesiąt lat po tych zdarzeniach o Walentym napisano pierwszą czytankę szkolną. Strzała Erosa, która przeszyła serce Anitki, wzbiła się wysoko, unosząc sławę Walentego ponad tłum zwykłych śmiertelników, kochanych i niekochanych, kochających wiernie lub niewiernie, analfabetów i kształconych.

Publikacja w: „Wyspa”