Św. Jerzy, Smok i Dziewica

Św. Jerzy wlókł się przez znane sobie – nieznane okolice. Koński łeb rozchylał ogromne paprocie. Nad głową Świętego zwieszały się wonne kielichy kwietne, jak z obrazów Teofila Ociepki. Włócznia tępiła swe ostrze na kamiennym podłożu. Ostrogi rdzewiały w okolicy wilgotnej i pełnej komarów. Życie było monotonne.

Nagle rumak zastrzygł uszami. Może nawet ruszyłby żywiej, gdyby nie zwisające wszędzie liany, w których jego nierozum stale dopatrywał się węży. Nie dziwota, żyzność kraju przywodziła na myśl onegdajszą rajską krainę.

Teraz już było słychać na pewno: ktoś kogoś obezwładniał, może nawet gwałcił. Zaczął też dolatywać zapach siarki, niechybny znak bliskości źródła mineralnego albo smoka.

Święty wyprostował się w siodle, podciągnął nieco włócznię, na której dały się teraz widzieć głębokie nacięcia – nie wiadomo: ślady wrażych zębów czy oznakowanie odniesionych zwycięstw. A może jedno i drugie równocześnie? W całej okolicy nie było jednak mózgu, który by mógł się nad tym zastanowić. Narrator, przycupnięty pod krzakiem, nie śmiał nic suponować, obezwładniony przeczuciem nadchodzącej krwawej jatki. Ach, być błędnym rycerzem! Przeżywać i przeżyć!

Już nie było wątpliwości. Za najbliższym zakrętem nieodgadnionej drogi toczył się śmiertelny bój. Nawet dobiegł stamtąd zachrypnięty głos:

– Pomóż mi!

Koń sam wiedział, co robić. Pochylił łeb, na ile pozwalały zielska, wydłużył krok. Zbroja zatrzęsła się na jeźdźcu, uniósł się obłok kurzu czy rdzy. Ostrze włóczni samo znalazło miejsce obok końskich nozdrzy. Rwali na wezwanie. Czy zdążą?

Wypadli na polanę w ostatnich promieniach zachodzącego słońca. Pozycja nie była dobra, bo właśnie naprzeciw słonecznych promieni przyszło im gnać, odejmując uzyskaną prędkość od prędkości światła. Nic nie było widać.

Włócznia wbiła się w kłębowisko ciał z niepowtarzalnym wdziękiem. Czy to nawykłe do rebusów oko rycerza, czy sama krwi żądna broń znalazła drogę do znanego sobie celu. Coś zabulgotało, jakiś ochłap został wciśnięty w poszycie leśne. Wrzaski ustały.
Teraz już i błoto zalepiało oczy rumaka i Świętego. Trwali nieporuszenie, tylko po sierści konia przebiegały lekkie fale drgań. Plamy potu zdawały się wysychać.

Wreszcie zaczął się nieznaczny ruch w tobołku, przyszpilonym włócznią. Lądy oddzielały się jeden od drugiego. Ze sterty gaci, biustonoszy, giezł i wianków wyłaniały się dwie postacie.

Smok przychodził zwolna do siebie. Łuski wracały na swoje miejsca, ogon odnalazł się z tyłu, łeb kołysał się u strzemion rycerza. Dało się słyszeć lekkie pochrząkiwanie.

Na końcu włóczni, zgoła nieuporządkowana, ukazała się Dziewica z sercem przeszytym na wylot. Rozbierała się widać w pośpiechu, bo wspaniałe nagie piersi prężyły się teraz w różne strony, oblane ostatnim promieniem słonecznym. Biodra drgały odwiecznym rytmem. Palce jeszcze drapały ściółkę. Ale już wszystko zamierało. Kolejny raz arcychrześcijański rycerz dokonał dzieła. Wraża płeć była pokonana.

Noc ze smokiem o rozkosznym imieniu Walenty należała do najprzyjemniejszych w pełnym trudów życiu Świętego Jerzego.

Lille, 12 listopada 2005