W blasku imperium

Teraz się mówi: nawiązują bliskie
relacje
. Nie mówi się: kochają. Po co?
Tak się mówiło dawno temu, nocą,
a dziś nocy nie ma. Tylko czerwień
wlewa się do oczu, ust… To Miasto.
A na wsi? Progi kościołów lepkie
jak rozlane białko. Nieuprawiana
ziemia bierze w siebie wątłe ziarno.
Tu mnie szukasz?

W mistycznym ogrodzie
nie znajdziesz mnie, ani wśród kowali
własnego losu. Nie szukaj mnie wcale.
Bądź, a ja wśliznę się cicho w twe życie
oraz w śmierć twoją, gdy trzeba. W oddali
legły młodości lata i daremne
prace. A rozświetlony pociąg nocą
mknie przez stacyjkę. Twarze przyjaciół
jak bursztynu grudki. Jaśnieją. Wnet bledną.

Norma dla metalurga: hektopaskali tysiąc,
dwadzieścia pięć stopni. Standardowy
człowiek nowej epoki starych przymiotników.

A ja mam trzydzieści sześć i coś. Spod powiek
ciśnie się łza. Za łzą rdza. Nie nadam się, wiem.
Czerwona łuna nie dla mnie, i obelgi tłumu
nie dla mojego nerwu. Jednak nie uciekam.
Czekam na tupot nowego człowieka,
i żeby ktoś mu zadał pytanie: Kolego,
a buty gdzie?

Witold Kaliński, 25-30 grudnia 2016