Wojciech Weiss – Winobranie. 1937

Dziewczyna wypełnia sobą kwadrat obrazu, co może przywodzić myśl o tym, jak trudno jest zamknąć kobietę w ramie, choćby i pozłacanej. Czy tylko malarzom to się – czasem – udaje? Zostawmy te rozważania. Nie ma wątpliwości, że oszołomiona dziewoja napiła się dość zeszłorocznego wina, by drzemać, choć nie całkiem bezwładnie: wsparta na prawej ręce, zdolna jest też utrzymać w lewej dłoni ucho litrowego garnca. Nektar jeszcze płynie…

Mocne światło pada zdecydowanie z lewej strony, zapewne przez okienko szopy, w której odbywa się misterium zbioru i tłoczenia winogron. Dwa ich gatunki, zresztą w towarzystwie jabłek, może i gruszek, zajmują narożnik w planie pierwszym. Tuż obok – biodra dziewczyny ugrzęzły w koszu, a jej soki spłynęły w jedno z sokiem owoców, wygniecionych obfitym, jędrnym ciałem. Kolana rozłożone, zaś niewidoczne z naszej perspektywy łono głosi chwałę Dionizosa.

My sami znajdujemy się nieco niżej niż młode jak wino piersi i twarz bachantki. Na wprost oczu mamy majestatyczne, młode udo, kolano, łydkę. Skoro upadliśmy „tak nisko”, zapewne też raczyliśmy się winem. Czy i ciałem urzekającej córy wsi? Jeśli nie, dzisiaj możemy już nie osiągnąć sukcesu innego niż zachwyt darami jesieni w przyrodzie i wiosny w życiu kobiety.

Tło po stronie prawej jest odległe i unieważnione, jedynie odcienie niebieskiego firmamentu, leżącej niedbale szaty oraz garnka stanowią przeciwwagę dla wielokrotnie zielonej oprawy ciała dziewczyny, zielonkawych też jego cieni. Delikatnie kładą się na perłowe ciało różowe poblaski. Czy słońce różowieje już ku zachodowi, czy pulsuje młoda krew? Zapewne jedno i drugie.

Chciałbyś dziewczynę przebudzić, ale też gotów jesteś ją podziwiać w chwili, która trwa. Jest piękna.